poniedziałek, 3 sierpnia 2026

 


SALA JEDNOŚC

             Czy w Sędziszowie ktoś jeszcze pamięta ul. Teatralną (obecnie Stanisława Wyspiańskiego)  i szeroko rozpostartą przy niej kultową SALĘ JEDNOŚĆ? Tę austriacką ujeżdżalnię koni,  przebudowaną potem przez polskie już  władze Sędziszowa na salę widowiskowo-balową? Stworzoną na ostoję międzywojennego życia kulturalnego miasta, między innymi amatorskiego teatru REDUTA oraz męskiego chóru ECHO? A także objazdowego  kina oraz  miejsca  tradycyjnych z kotylionami  bali karnawałowych? No i miejsca ważnych,  politycznych spotkań sędziszowskiego społeczeństwa.                                            



Po lewej jatki mięsne, a za nimi frontowa ściana SALI JEDNOŚĆ. Za nią na lewo wjazd na ul. Teatralną. Widoczna na wprost  ulica Bednarska.


            Dokładnie nie wiadomo kiedy wzniesiono ten budynek. Prawdopodobnie był to przełom XVIII i XIX wieku, gdy w Sędziszowie  zaczęła stacjonować austriacka kawaleria, wpierw szwoleżerowie, sformowani z resztek  legendarnych dywizjonów ochotników galicyjskich księcia Józefa Poniatowskiego, potem węgierscy husarzy i aż do pierwszych lat XX wieku ułani galicyjscy. Dowodzili nimi austriaccy rotmistrzowie, jak np. w I połowie XIX wieku hr. Joseph won Thurn, potem Carl von Kinsky, a także Wilhelm von Hammerstein - Equord. Oficerowie ci wynajmowali kwatery  w najlepszych mieszczańskich domach miasta. Żołnierze natomiast stacjonowali w   koszarach urządzonych w dawnym pałacu hr. Michała Potockiego, właściciela Sędziszowa i fundatora klasztoru O.O. Kapucynów. Zaadaptowany na cele militarne pałac przez cały XIX wiek stał się centrum życia gospodarczego, a Sędziszów tętnił życiem typowego miasteczka garnizonowego. Wojsko w sile kawaleryjskiego szwadronu liczącego  około 200 żołnierzy  skupowało od okolicznego  ziemiaństwa, a po uwłaszczeniu też od lokalnych chłopów żywność, owies, siano, ale też niezwykle wytrzymałe, inteligentne i eleganckie  konie rasy małopolskiej. Hodowano je powszechnie w okolicznych szlacheckich dworach. Ich wyjątkowe walory ukształtowało przez lata połączenie genów koni arabskich, angielskich i rodzimych klaczy.

     Konie te wymagały codziennej opieki ze strony masztalerzy, rymarzy, kowali i innych rzemieślników, co kształtowało garnizonowy charakter miasta. Oficerowie oczekiwali na stosowne do ich rangi   mieszkania, restauracje , a także bale organizowane w ujeżdżalni przystosowywanej w razie potrzeby do  tanecznej zabawy.  Żołnierze zaś bawili się przy piwie w szynkach prowadzonych przez żydowskich mieszkańców miasta. Niestety też umierali lub ginęli. Wojsko chowało ich na wydzielonej działce położonej przy zachodniej granicy sędziszowskiego cmentarza, istniejącej do dzisiaj. Na ich grobach pochowano też żołnierzy, którzy zginęli podczas walk jakie stoczyła podczas Wielkiej Wojny  w okolicach Sędziszowa armia austriacka z wojskami rosyjskimi jesienią 1914 i wiosną 1915 roku.  W roku 1960 władze miasta upamiętniły ten wojskowy cmentarzyk trzydziestoma bezimiennymi cokołami zdobnymi w żeliwne krzyże i widoczną w tle fotografii stosowną tablicę pamiątkową.


 

 

Miejsce pochówku żołnierzy austriackich ze szwadronów kawaleryjskich jakie stacjonowały w Sędziszowie na przestrzeni XIX wieku, a także tych, którzy zginęli w Wielkiej Wojnie w okolicach Sędziszowa jesienią 1914 i wiosną 1915 roku.

     

            Choć armia była austriacka i jej wyżsi oficerowie to Austriacy lub Czesi, to  oficerowi niżsi rangą, podoficerowie  i oczywiście szeregowi ułani byli rdzennymi Polakami. Austriacy dostrzegając ich wyjątkowe predyspozycje do formacji ułańskich wyposażonych w charakterystyczne lance, zdobne karmazynem wysokie, graniaste czapki i zielone  mundurowe kurtki „ułanki”  utworzyli z nich elitarną jazdę swojej armii.  Aby bez względu na pogodę i pory roku szkolić żołnierzy i ich ułańskie konie, wykuwać ich absolutne posłuszeństwo, trenować zwroty w miejscu i gwałtowne zatrzymania niezbędne w walce na lance i szable niezbędna była  ujeżdżalnia. Obiekt taki posadowiono w centrum miasteczka, aby podczas treningu  być  blisko obsługi technicznej kawaleryjskiego konia i jego jeźdźca.  Opieka ta  zapewniała gotowość marszową ułańskich szwadronów. Ujeżdżalnia była też miejscem publicznych popisów i rywalizacji sędziszowskich ułanów, którzy prezentowali tam swoją sprawność i jeździecki kunszt.

Po  146 latach zaborów, u progu niepodległości,  sędziszowianie   nazwali głęboko wrosłą w miasto,  austriacką  ujeżdżalnię  koni SALĄ JEDNOŚĆ. Tym samym, nie tylko   symbolicznie wypełnili  potrzebę manifestacji narodowego zjednoczenia. Dawna  masztalarnia z czasów zaborów stała się dla nich kulturalnym  centrum  miasta i jakby  ich wspólnym  domem. W dwudziestoleciu międzywojennym budynek ujeżdżalni  został wyremontowany i zmodernizowany. Nadano mu charakter i funkcję sali teatralno – kinowej. Wydzielona została scena i garderoba.  Na deskach tej sceny brylował zespół  teatralny OSP „REDUTA” prowadzony przez niezapomnianą Marię Satkowską, a także grupa teatralna „Strzelców”, Towarzystwa Szkoły Ludowej i  Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej. Wystawiano w niej sztuki Aleksandra Fredry, Franciszka Zabłockiego, Henryka Sienkiewicza i innych. Tu też odbywały się zabawy, publiczne spotkania i polityczne wiece. Podczas okupacji SALA JEDNOŚĆ znalazła się na terenie żydowskiego getta. Z oczywistych powodów przestała pełnić swą poprzednią  kulturalno-społeczną funkcję. Po wyzwoleniu, zaniedbana i zniszczona upływem czasu wróciła na krótko do sędziszowskiego społeczeństwa. Wyświetlano w niej głównie  filmy. Sporadycznie organizowano zabawy taneczne.  Reaktywował się też na krótko teatr REDUTA, ale przedwojenny chór ECHO i inne  zespoły teatralne nie podjęły działalności.

W nieodległym Wielopolu Skrzyńskim podczas seansu kina objazdowego  11 maja 1955 roku  spłoną drewniany barak szkolny. W  pożarze zginęło 58 osób w tym aż 38 dzieci. Była to jedna z największych katastrof w powojennej Polsce. Tragedia ta wymusiła całkowita zmianę przepisów przeciwpożarowych, ale także zamknięcie wielu podobnych obiektów. Tak też stało się z SALĄ JEDNOŚĆ. Władze administracyjne wyłączyły ją z użytkowania i po półtora wieku od wzniesienia budynku Salę, dawną ujeżdżalnię kawaleryjskich koni,  rozebrano i wyburzono, a funkcję placówki  krzewienia kultury  przejął obszerny, nowoczesny i wielofunkcyjny Dom Kultury. To w nim w obszernej sali widowiskowo – kinowej na 278 miejsc zagościło kino o nazwie JEDNOŚĆ,  wiążąc w jedną całość ponad 100 letnią historię kulturowej tradycji miasta.

                             Andrzej Skarbek - Stowarzyszenie Historyczne ODROWĄŻ w lipcu 2026 r.


Źródła:

1.       Archiwum prywatne pana Kazimierza Hoedla

2.       Militar–Szematismus des osterreichischen Kaiserthums  (Szematyzm Wojskowy Cesarstwa Austriackiego)

3.       Wikipedia

 


niedziela, 5 lipca 2026

 

Wspomnienia Stanisława Kaczorowskiego cz.II

 

Przed wojną

Sędziszowski Rynek przed wojną wyglądał podobnie jak dzisiaj, tylko z północnej strony, gdzie dziś są bloki z mieszkaniami, były żydowskie kamienice ze sklepami. W ratuszu po prawej stronie był sklep żelazny, a po lewej kółko rolnicze, w którym sprzedawała pani Szczyrkowa. Nie było budynku Warmetu (obecnie Urząd Miejski). Budynek dawnego „Plastyka", a obecnie ZSZ, był to mieszkalny budynek żydowski. Nie było budynku Banku Spółdzielczego, tylko żydowska kamienica, gdzie na dole mieściła się jajarnia. Tam w wapnie było setki, tysiące jaj. Ta jajarnia najlepiej rozwijała się za okupacji, gdy przejęli ją Niemcy. 

W części budynku Platów (koło restauracji Jubileuszowej) był sklep kolonialny, w którym można było kupić cytryny, pomarańcze, cukier, mąkę, groch. W drugiej części był posterunek Policji. Do dziś są tam kraty w oknach. Polacy z żydami żyli dobrze. Oni mieli swoje żydowskie myślenie. Jak nie miałem na żywność, szedłem do sklepu i mówiłem, że dzisiaj nie zapłacę, bo nie mam pieniędzy, a on odpowiadał: A czy ja wołam? Kiedy będziesz mieć, to mnie dasz. 

A potem to sobie wszystko policzył. 

Jako dzieci bawiliśmy się razem z dziećmi żydowskimi. Razem chodziliśmy do szkoły. Szkoła mieściła się w budynku obecnego gimnazjum, tym przed klasztorem. Za okupacji nie mogliśmy się tam pomieścić, więc nauka była też w budynku ochronki (obecnego Przedszkola nr l koło Domu Strażaka). Ja się tam uczyłem rok w II albo w III klasie. Moją wychowawczynią była pani Szczęsna. Mieszkała w tym dworku, gdzie teraz przyjmuje doktor Dziurzyński. 

Pod niemiecką okupacją 

Czasy okupacji to były smutne czasy. To były czasy, kiedy nic nam nie było wolno. Moje ubranie składało się z krótkich porteczek, które mi mama własnoręcznie uszyła, koszuliny, w której chodziłem przez całą okupację. Po tych czterech latach to ona była okropnie zdarta. Nigdzie nie można było kupić odzieży. Sklepy były dla Niemców i folksdojczów. Można było do nich wejść tylko za okazaniem niemieckiej legitymacji. Ja na co dzień chodziłem boso, albo w jakichś drewniakach załatwionych u Niemców. 

Nie było pracy. Był zakład pana Jurkowskiego, który w czasie wojny przejęli Niemcy i produkowali wozy i sanie dla wojska. Był taki jeden chłop z Przedmieścia, któremu Niemcy dali zielony filcowy kapelusz z pawim piórkiem, a którego zadaniem było wywożenie wozów z terenu zakładu na składowisko wozów znajdujące się przed stacją kolejową. Miał silnego konia i po pięć tych wozów zaprzęgał. Zawsze jak jechał z tymi wozami czy saniami to śpiewał. A na tym składowisku była brygada, która te wozy ustawiała jedne na drugich, tak, że tych wozów to były całe hałdy. 

Po froncie jeszcze tyle tych wozów zostało, że rolnicy z okolicznych wiosek je sobie pobrali. Przed wojną mój tato był masarzem - najlepszym w Sędziszowie. To co my teraz jemy to jest świństwo. Za okupacji nie było wolno zabijać żywca. Ale jak coś tam się dało zjeść policjantowi, to patrzył przez palce i potajemnie się biło świnie czy jałówki. Był taki policjant Piątek, to nawet u niego w domu rozbieraliśmy świnie, robiliśmy wyroby. Ja tatowi zawsze kręciłem w maszynie, gdy nadziewał kiełbasy. Jak tato pracował w zakładach drzewnych to nie dostawał pieniędzy, tylko co miesiąc dostawaliśmy prowiant: woreczek mąki grochowej, dziesięciokilogramową puszkę marmolady, litr wódki czystej, ceres (coś podobnego do smalcu) - 2,3 kostki, trzy chleby dwukilogramowe, trochę cukru, soli. Ja to przywoziłem na takim drewnianym wózeczku. Żeby zająć kolejkę do tego prowiantu, trzeba było wyjść z domu o piątej rano. Za ten prowiant trzeba było zapłacić, pamiętam, że płaciłem 6 zł 50 gr. Ja te zakłady dobrze znałem, bo byłem gazeciarzem i nosiłem tam gazety Polakom i Niemcom. Po południu, po szkole brałem gazety i na drugi dzień, jeszcze przed lekcjami szedłem do zakładów i tam je sprzedawałem. Było nas pięciu gazeciarzy w Sędziszowie. Nie było wtedy telewizji, nie było radia. Po wyzwoleniu w całym Sędziszowie było tylko dwa radioodbiorniki. Jeden miał pan Chmiel - mieszkał na Ogrodowej, tak jak ja. Chodziłem do niego często posłuchać transmisji z meczów. Najpierw miał niemieckiego Sterna, a potem Teslę. 

W czasie wojny gazeta była jedynym źródłem informacji. Sprzedawaliśmy „Goniec krakowski", który był pokazany w filmie „Katyń”, rolnikom sprzedawało się pismo „Siew", jedyną ilustrowaną gazetą był „Kurier Ilustrowany". W kieszeni miałem też kamienie do zapalniczki i sacharynę w takich małych pudełeczkach. Przywoził mi to taki handlarz z Tarnowa. 

Getto 

Wyszło kiedyś zarządzenie, że mamy się wyprowadzić z naszego domu przy ulicy Ogrodowej do takich drewnianych domków za domem kultury. Mieszkaliśmy tam jakieś pół roku. Cała południowa część Sędziszowa aż po klasztor oo. Kapucynów została wysiedlona i odgrodzona takimi płotkami odśniegowymi. Żydzi coś przeczuwali, byli smutni, oddawali kosztowności na przechowanie. Spodziewali się, że zostaną wywiezieni, albo coś innego z nimi zrobią. Liczyli, że jeśli uda się przeżyć, to odbiorą te rzeczy. Do mojego ojca przyszła raz żydówka, która chciała oddać na przechowanie 4 worki cennych futer z norek i innych. Niemcy wcześniej ogłosili, że nie wolno nic od żydów przyjmować, więc ojciec się bał, że nas rozstrzelają i nie przyjął. Pewnego dnia, chyba w czasie kolacji, nagle słyszymy krzyk, łomot, jakieś rozbijanie - okazało się, że to Niemcy wtedy wyganiali żydów do getta. Główny sztab getta był w obecnym budynku ZSZ. 

Któregoś dnia nieroztropnie znalazłem się na terenie getta. Myśmy nie mieli studni, a studnia miejska była na terenie zajętym na getto. Wybrałem się tam raz po wodę, bo ci co mieli studnie, nie chcieli dać wody, z obawy, że im studnia wyschnie. Ówczesny Komendant Policji granatowej nazywał się Zelik. Przed domem pani Platowej była wystawiona ławka, na której on często przesiadywał. Był gruby, czapkę miał opuszczoną na oczy i drzemał. Nabrałem wody w studni i ruszyłem do domu. Doszedłem do tych płotków przy głównej ulicy, chciałem przejść przez dziurę i wrócić do domu. Nagle Niemiec z karabinem złapał mnie za kołnierz. Zaprowadził mnie do budynku kierownictwa getta i mówi: Juden! Juden! Psia krew Juden! Dostałem kolbą po plecach. 

Tam mnie Niemcy legitymowali. Przesłuchiwali mnie po niemiecku: co ja tam robiłem, po co to wiaderko... Co ja tam umiałem parę słów po niemiecku, to im odpowiadałem. Niemiec, który mnie przyprowadził wrócił przed budynek, a ten Zelik tłumaczył mu, że jestem Polakiem. Niemiec zapytał, czy mój ojciec umie po niemiecku. Mój tata na szczęście umiał mówić po niemiecku, więc Niemiec powiedział, żeby mój tato przyszedł, pokazał ausweis, wytłumaczył wszystko, to może mnie wypuszczą. Więc ten Zelik od razu poleciał po ojca i razem przyszli. W końcu jeden z tych Niemców w komendzie getta kopnął mnie w tyłek, a ja wyleciałem przez drzwi na twarz. 

Gdy ojciec przyniósł dokumenty, Niemiec wziął je i wszedł do budynku, a mi kazał czekać na ulicy. W końcu, po sprawdzeniu dokumentów ojca mnie wypuścili. Wyszedłem z getta przez tę dziurę w płotkach. 

Ja byłem gówniarzem, to się potem z tego śmiałem, a to była poważna sprawa, bo niewiele brakowało, a poszedłbym do wapna razem z żydami. 

sobota, 4 lipca 2026

Początki sędziszowskiego kina

 Wspomnienia Stanisława Kaczorowskiego opublikowane w Biuletynie Sędziszowskim nr 8 z 2019 roku

Wspomnienia Stanisława Kaczorowskiego

 

Pierwsze projekcje filmowe w Sędziszowie Mlp.

Pierwszy film w Sędziszowie został  wyświetlony w klasztorze, w czasie frontu. Wchodziło się na podwórko klasztorne, w budynku z prawej strony była taka duża sala, w której bracia przygotowywali noclegi dla przyjezdnych. W czasie działań wojennych w piwnicach klasztornych schronił się, chyba prawie cały Sędziszow. Ja też tam bylem. Któregoś dnia przyjechały samochody z ,,Ruskimi': którzy ogłosili, że będzie wyświetlany film. Nie pamiętam tytułu, ale był to film o tematyce wojennej . Taki typowy dla żołnierzy na froncie, żeby ich podtrzymać na duchu. Wyświetlili go właśnie w tej dużej Sali. Pózniej w Sędziszowie powojennym pierwszy film wyświetlany był na Rynku od strony poczty. Ekran był na ścianie ratusza. Przyszedł chyba cały Sędziszow. Wyświetlany był wieczorem. To był film o odbudowie Warszawy.

Był też taki barak tuż przed wiaduktem kolejowym przy ulicy Kolbuszowskiej, gdzie filmy wyświetlało kino objazdowe.

Ja gdy chciałem obejrzeć film, to umawialiśmy się w kilku i szliśmy na piechotę do kina do Ropczyc, bo tam kino powstało wcześniej niż w Sędziszowie.

Jak zostałem kinooperatorem

 

Pod koniec lat pięćdziesiątych w Sędziszowie Młp. miał być otwarty dom kultury. Ja pracowałem wtedy w rzeźni w Dębicy, wcześniej pracowałem w ,,Filtrach''. Pomyślałem sobie, że zrezygnuję z tej rzeźni. Nigdy nie miałem do tego zamiłowania. Znałem tu kolegów, którzy udzielali się na samym początku działalności domu kultury, z Władkiem Witem tośmy nawet maturę razem zdawali, z Luckiem Kanią znaliśmy się po liniiplastycznej”.

Wtedy były inne czasy niż dzisiaj, życie płynęło wesoło - nie to co teraz, gdy ,,młodzi" dopuszczają się rozbojów i różnych niegodziwych wyczynów. My wieczory spędzaliśmy trochę inaczej. Więcej było placówek kulturalnych

klubów, kwitły kluby sportowe, mieliśmy tu nawet sekcję bokserską..

           Poszedłem na kurs do Rzeszowa. Był to kurs niższej kategorii na wąską taśmą. Kurs ukończyłem i zacząłem pracować w kinie. Żeby zrobić kurs kinooperatorski, trzeba było mieć szczęście i wkuwać, wkuwać i jeszcze raz wkuwać. Na II kategorię, byłem dwa razy we Wrocławiu po trzy miesiące, na szeroką taśmę; można było robić kurs po czterech latach praktyki. A ,,jedynkę," po ośmiu latach. Odsiew był taki, że z pięćdziesięciu osób, egzamin złożyło 15, może 20 osób - nie więcej. Reszta szła do poprawki. A teraz w ciągu tygodnia można zrobić ,,jedynkę,''.

Filmy wyświetlane były początkowo w holu, tam gdzie teraz organizowane wystawy, a potem szykowaliśmy tę dużą salę a zwłaszcza kabinę. Warunki mieliśmy trudne: tu leżały jeszcze jakieś pustaki, tam kupka gruzu - jak to po budowie.

           Kiedyś obowiązywały bardzo surowe przepisy bhp w kinach, a zwłaszcza w kabinach - ze względu na zagrożenie pożarowe, nie wolno było tam przebywać osobom postronnym. Nawet sprzątaczek nie wolno było wpuścić, więc musieliśmy sprzątać sami.

          W kinie pracowało nas dosyć dużo: był kierownik, dwie bileterki i nas trzech w kabinie. Zawsze jeden z nas jeździł w delegacje. Jeździliśmy po wioskach i wioseczkach, wozem konnym z aparaturą i w tych wioskach też graliśmy filmy. Pamiętam, że jak byłem w Kochanówce, to obsługiwaliśmy też m.in.:-Pustków, Zawadę, Bliznę.

W delegacji można było zarobić nawet drugie tyle, co zwykle, ale to była poniewierka..

 

Pierwszy film panoramiczny

Pierwszy film panoramiczny - to była sensacja w Sędziszowie - to był ,,Ogniomistrz Kaleń” czarno-biały z Wiesławem Gołasem w roli głównej.

Nie było ekranu, więc rury nosiliśmy na plecach od pana Pasternaka, żeby jakoś sklecić ekran i zacząć wyświetlać. Zrobiliśmy ramy ekranu, ale nie mieliśmy płótna. Kupiliśmy więc kilka prześcieradeł: i pani Chmielowa -uszyła nam ten ekran. Naciągnęliśmy go na te ramy i po południu można było wyświetlać, bo film był już zaafiszowany. Mieliśmy więc wszystko poza filmem. Filmy wówczas dowożone były koleją. Dzwonimy na stację - przychodzi pociąg i mamy ten film. Trzeba po niego pójść czy pojechać. Nie było aut, nie mieliśmy wózka, więc mówię, że ja pójdą. Młodym chłopakiem bylem wtedy, takim ,,z biglem”; więc myślę, że wezmę skrzynię z filmem na plecy i przyniosę,. Żeby sobie skrócić drogę poszedłem brzegiem rzeki, wyszedłem koło mostu obok zakładów (obecnie ulica Kroczki) i przez stary stadion udałem się na stację.

Kino należało do Wojewódzkiego Zarządu Kin w Rzeszowie, który zapewniał sprzęt i filmy. Mieścił się na ulicy 3-maja, nad kinem Zorza. Magazyny były na ulicy Rejtana.

To było duże przedsiębiorstwo, skupiało chyba z dwieście kin w całym województwie. Wtedy nawet i na wioskach były kina. Zarząd Kin dzierżawił od domu kultury salę, kabinę i kasę biletową.

Dyrektorem Wojewódzkiego Zarządu Kin w Rzeszowie był wówczas pan Sekułowicz - bardzo dobry człowiek. Lubił sobie wypić, więc przyjechał: do Sędziszowa i czekał: na ,,premierę”. W teczce miał butelkę wódki, dobrą kiełbasę swojską, chleb chyba od Roztoczyńskiego z Dębicy. Czekali tylko na mnie i na film. A ja wracając tą samą drogą wpadłem z tym filmem do rzeki. Urwał się brzeg pode mną, wpadłem do wody, a żeby nie zamoczyć filmu, bardziej ratowałem skrzynkę niż siebie. Oni już mnie wyglądali przez okienko w drzwiach. Dyrektor poprosił, żebym usiadł, coś przekąsił, ja mówię:

 

-                      Widzę że i coś ostrego jest panie dyrektorze.

-                      Co się pan martwi, niech pan siada.

Na rozruchu kina zawsze musiał być jakiś dobry fachowiec, z wysoką kategorią uprawnienia. Ja miałem ,,trójkę'' na taśmę wąską, a tu trzeba było mieć ,,jedynkę”; więc wzięliśmy pana Nycza z Iwonicza-Zdroju. On założył film na aparat i czekaliśmy. Ludzi było masa! Nie to co teraz. To był złoty wiek kina. Zabrakło biletów, ludzie prosili o miejsca stojące w przejściach. Dyrektor wyraził zgodę i sala była przeładowana. Zaczęliśmy grać. Ekran szeroki to była nowość, sensacja w Sędziszowie. Szczęśliwie ten film zgraliśmy, więc dyrektor ponalewał takie duże kielichy tej wódki i pijemy do siebie ,,na zdrowie" i za pomyślność kina.

To był dzień nader uroczysty. Popiliśmy trochę z tym dyrektorem, zaszumiało w głowach, potem odprowadzaliśmy go do pociągu, bo nikt po niego nie przyjechał. I taki był początekPonad 6 tysięcy filmów. Po Ogniomistrzu Kaleniu" musieliśmy wybrać kolejny film.

Był taki film, bodajże francuskiej produkcji pt. „Miałem siedem córek". Główną rolę grał Maurice Chevalier. On pięknie śpiewał i w tym filmie właśnie grał ojca siedmiu córek. Był to taki musical. Ten film był bardzo rozchwytywany. Inny film, polski, nosił tytuł „Zadzwońcie do mojej żony”, a trzeci to był film rosyjski, ale bardzo dobry, o Szeherezadzie. Musieliśmy wybrać z tych trzech filmów jeden. Wybraliśmy „Zadzwońcie do mojej żony", a jako drugi ten francuski, który był wyświetlany w innym kinie.

To były czasy takie, że ludzie byli bardzo ciekawi, jak wyglądają te aparaty, cisnęli się do kabiny, jak to się wyświetla - nas to trochę denerwowało, bo film trzeba było najpierw przyszykować, a to trwało czasem nawet i pół dnia, bo nam, jako początkującemu kinu dawano stare kopie, porwane, które trzeba było sklejać. Był to chyba wrzesień, albo październik, myśmy nie mieli wtedy jeszcze wentylacji, podczas świecenia lamp łukowych, używanych do projekcji wydzielały się tlenki azotu, związki fluorowe, inne trujące substancje. Trzeba było zbudować rury, przez które te opary mogłyby ulatywać, bo gdy graliśmy ,,Ogniomistrza Kalenia" tośmy się podtruli.

Był taki blacharz w Sędziszowie, pan Fryc. Mieszkał na rogu ul. Kolejowej i obecnej ul. Armii Krajowej. Poszedłem do niego, akurat nie było go w domu, bowiem pracował na dworku u Ptasznika. Znalazłem go tam, pozbieraliśmy narzędzia, kawałki blachy i poszliśmy robić te wyciągi. Zrobiliśmy te rury chyba 10 minut przed seansem. Zagraliśmy ten film polski, potem ten francuski i rosyjski... Następnych tytułów nie pamiętam, ale mam je wszystkie zapisane w książce. W sumie od początku zostało wyświetlonych ponad 6 tysięcy filmów fabularnych, nie licząc niedzielnych poranków, kronik, zwiastunów i innych.

Niedługo potem graliśmy „Krzyżaków". To był film w technikolorze. Nie było samochodów, jak teraz, tylko furmankami ludzie z wiosek przyjeżdżali. Tych koni i furmanek wokół budynku stało tyle, że nie można było przejść. A graliśmy codziennie, od rana do wieczora i to przez cały miesiąc. Dla nas, pracowników kina i w ogóle domu kultury, najtrudniejszym dniem zawsze była niedziela. Tłumy były takie, że drzwi z futrynami nieraz wywalali. Na pieniądze mieliśmy taką pałatkę wielkości dywanu, którą kładliśmy na podłodze, a potem braliśmy za rogi i związywali. Po seansach liczyliśmy tę furę pieniędzy.

Dużą popularnością cieszyły się tzw. filmy giganty, składające się z kilku serii, filmy historyczne, furorę robiły filmy kostiumowe. Wiele z tych filmów było produkcji francuskiej, więc mówiło się ,,Francja - elegancja" - to był powiew kultury z zachodu. A na przykład doktor Lichowski lubił włoskie filmy - prosił mnie nieraz;

- Panie Stasiu, jak będzie włoski film, przynieś mi pan bilet, bo ja nie mam czasu.

Więc zawsze mu ten bilet przynosiłem. W modzie były polskie komedie z Panem Anatolem no i westerny. Nigdy nie zapomnę filmu „W samo południe", bo był tak porwany, że kleiliśmy go cały dzień i całą noc.

Była taka dziewczyna z Borku bodajże, która pracowała w zakładach włókienniczych w Łodzi i która wyszła za mąż za bardzo dobrego kinooperatora Ciarkowskiego. On między innymi wyświetlał w szpitalu w Łodzi filmy specjalistyczne dla studentów medycyny. Wyświetlał na szklanym ekranie od tyłu. To był niesamowity fachowiec, tylko, że alkoholik. Z nim właśnie wyświetlaliśmy ten western „W samo południe". Było to latem. Przyszedł do nas kierownik kina, który nazywał się Stanisław Kuc. On był z wykształcenia chyba mechanikiem, ale że był partyjny, został kierownikiem kina. Przyszedł do nas, a ten Ciarkowski miał na stole butelkę wódki, więc kierownik od razu do sekretarza partii, a biuro partii mieściło się w domu kultury w pomieszczeniu, gdzie dziś jest sekretariat. Ciarkowski dostał naganę i bardzo się martwił. Mówił, że będzie zbierał podpisy na mieście, żeby go z pracy nie wyrzucili. Potem rzeczywiście te podpisy zbieraliśmy.

Na planowanie repertuaru kierownik kina jeździł zawsze do Rzeszowa. Centrala Wynajmu Filmów była na ulicy Rejtana. To był wtedy jedyny dystrybutor. Teraz jest mnóstwo dystrybutorów, niektórzy się nawet na taśmie nie znają. Film ma 5 rolek, więc piszą mi na przykład: film ma 5 aktów. A to nie jest tak. Akt to jest do 300 metrów taśmy. W pudle jest 600 metrów taśmy, więc 2 akty. Czyli cały film, składający się z 5 rolek to jest 10 aktów, a nie 5.