środa, 14 stycznia 2026

 

Szanowni Czytelnicy  bloga „Stowarzyszenie Historyczne Odrowąż”

Pragnę Was  zachęcić do komentowania zamieszczanych postów, jak również do śledzenia bliźniaczego bloga „Sędziszów Małopolski” -  pod adresem https://sedziszowmalopolski.blogspot.com/

Tak w tym  jak i drugim blogu warto otwierać zakładki, znajdujące się pod jego nazwą. Znajdziecie tam Państwo wiele ciekawych informacji i opracowań historycznych.

 Posty umieszczane są również na stronie Facebooka https://www.facebook.com/profile.php?id=100095806530484 i tam również mile widziane są komentarze i „polubienia”.



sobota, 10 stycznia 2026

 

WITKOWICE NASZ DOM

Na pograniczu Sędziszowa i Ropczyc w Witkowicach, u wylotu obsadzonej  starodrzewiem alei   jaśnieje klasycystyczny dwór, dawniej dom rodu  Lubienieckich i  Michałowskich, onegdaj Dembińskich, a dzisiaj  Bokotów. Podniesiony przez tych ostatnich z peerelowskich  zniszczeń, z pietyzmem  odrestaurowany wiernie oddaje zamysł budowniczych z przełomu  osiemnastego i dziewiętnastego wieku.    Była nimi Fundacja Lubienieckich,  mocodawca Jakuba Kubickiego, architekta króla Stanisława Augusta - projektanta dworu i budowniczego warszawskiego Belwederu. 

                                                                                     

                                   Widok  dworskiego założenia z lotu ptaka - po renowacji.

                 Rok 2005.

                Przez ponad 200 lat dwór, potocznie nazywany pałacem i jego piękne wnętrza były świadkami codziennego  życia wielkich polskich rodów. Dziecięcego gaworzenia, śpiewu młodych głosów,  rozpalających umysły gorących dyskusji politycznych, dźwięków fortepianowej muzyki i gwaru karnawałowych balów, miłości i rozstań,  a także zadumy nad starością i ciszą śmierci. Pielęgnowano w nich między innymi pamięć o Stanisławie Lubienieckim, astronomie, autorze przełomowego dzieła o kometach i skazanego na banicję arianina. Wspominano Jakuba Michałowskiego, sędziego trybunału lubelskiego, erudytę i bibliofila, wspominano insurekcję kościuszkowską  z Józefem Michałowskim i powstanie listopadowe z Władysławem, a także podziwiano dzieła  znakomitego malarza Piotra Michałowskiego. Na przełomie XIX i XX wieku cały zespół parkowo-pałacowy nabyli Dembińscy. O Henryku  Dembińskim,  profesorze prawa międzynarodowego i jego zasługach dla Polski walczącej z niemieckim okupantem pisaliśmy szeroko  w REPORTERZE z 18 października 2025 roku. Okazją do wspominania była 125 rocznica jego urodzin.

Tuż po II wojnie dla dworu nastał czas  smuty. Opuszczony przez Dembińskich, ograbiony przez Rosjan z cennych przedmiotów, w tym kolekcji obrazów Piotra Michałowskiego,  na mocy dekretu o reformie rolnej stał się na krótko własnością Skarbu Państwa. Wydawało się, że podzieli los wielu innych ziemiańskich siedzib, ulegając stopniowej degradacji i zniszczeje  ograbiony.  Jednak tak się nie stało. Staraniem męża opatrznościowego Ropczyc ks. Jana Zwierza ówczesne władze przekazały cały zespół parkowo-pałacowy założonej przez niego, jeszcze za okupacji, Szkole Rolniczej.

                 

                                                                                                             

Widok elewacji frontowej – przed renowacja.

Pierwsza połowa lat 90-tych XX wieku.

 

 Przesiąknięte obecnością dawnych właścicieli mury pałacu, niestety z trudem i ze głębokim uszczerbkiem dla swoich wnętrz, znosiły internatowe zwyczaje i gwar zamieszkałej w nich uczniowskiej młodzieży – synów  okolicznej ludności. Kiedy na ich głowy zaczęły spadać stropy, internat zlikwidowano,   a opuszczony dwór zasiedlili bezdomni. Był to rok 1985. Rozpoczął się trwający dwanaście  lat  okres dramatycznego niszczenia  pałacowej substancji.  Jego kres nastąpił w roku 1997, kiedy to  w wyniku konkursu ofert całe założenie dworskie przeszło w ręce rodziny Bokotów,  przedsiębiorców z Dębicy inwestujących z zamiłowaniem w dzieła sztuki i restaurację zabytków. Bokotowie zwyciężyli deklarując pełną renowację dworskiego założenia oraz kontynuację jego  mieszkalnego charakteru.   Dwór po trwającej sześć lat gruntownej rewaloryzacji spełnił warunek konkursowy, postawiony nabywcom, stając się domem kolejnej, polskiej rodziny.

poniedziałek, 1 grudnia 2025

 

SZTUCZNA INTELIGENCJA.

Czym jest?

Wg  sławy fizyki teoretycznej prof. Andrzeja Dragana  inteligencja jako taka   to zdolność do odnajdywania podobieństw, czyli  wykrywania analogii. Chodzi  o to, żeby  myśląc skracać ciągi decyzyjne poprzez zastępowanie wielu ich elementów mniejszą liczbą. Tym samym w krótszym czasie osiągnąć oczekiwany efekt.  Aby tego dowieść zorganizowano konkurs dla informatyków piszących algorytmy komputerowe. Kto skróci zadany program, czyli bardziej go skompresuje i znajdzie w nim więcej analogii,  otrzyma wysoką nagrodę pieniężną. Rywalizacja trwa już 12 lat, lecz okazuje się, że z każdym  terminem  wyłonienia zwycięzcy pojawia się algorytm: krótszy i wydajniejszy od poprzedniego.  Czy zatem kolejni programiści znajdując więcej wspólnych cech w ocenianym algorytmie i  zastępując go  sprytniejszym, są inteligentniejsi od swych kolegów współzawodników? Być może.

 Kiedy śp. prof. Lech Falandysz legalizując działania prezydenta Lecha Wałęsy znajdował analogie między obowiązującym prawem, a prawem stosowanym przez siebie, wywołując tym samym osłupienie  i protesty jurystów,   był bardziej inteligentny od nich? Czy twórcy sztucznego serca, które zbudowali na zasadzie zwykłej pompy,  znajdując analogię między nią, a sercem naturalnym byli twórczo inteligentni? Można mnożyć  przykłady odkrywania praktycznych analogii w dedukcji i działaniach pojedynczych  ludzi, ale także ich zbiorowisk czy organizacji. Czy zatem naprawdę Ci, którzy szybciej i skuteczniej wykorzystując swoje przyrodzone zdolności do odnajdywania podobieństw i stosowania ich w  praktyce są inteligentniejsi od innych? Wydaje się, że tak.  W takim razie  ogromnie pojemne, nieustannie trenowane maszynowo sieci neuronowe nazywane sztuczną inteligencją  IA i działające na zasadzie kojarzenia faktów, analogii, i minimalizacji błędu są naprawdę po ludzku inteligentne? Rzeczywiście sieć neuronowa jest czymś co przypomina strukturę ludzkiego mózgu, ale…pozbawioną emocji i uczuć  oraz, co najważniejsze,   świadomości. Przecież  nie jest mózgiem. To tylko piekielnie sprawna maszyna, program komputerowy,  którego twórcy do dzisiaj  nie wiedzą jak działa w swojej ukrytej warstwie.

Czy zatem ogromna, pojedyncza  sieć neuronowa zwana sztuczną inteligencją IA oraz  rozwijające się błyskawicznie jej produkty, jak modele językowe np. Chat GTP,   działające na zasadzie dostrzegania  analogii w zbiorze danych, wpakowanych w jej pamięć w trakcie uczenia maszynowego jest bardziej inteligentna od ludzi? Nie jest. Jest tylko  szybsza i sprawniejsza od ludzkiego  mózgu  w analizowaniu  informacji, znajdowaniu podobieństw i ich kompresji,  aby jak najefektywniej wykonać nałożone zadanie.

Znamy mędrków z dobrą pamięcią powtarzających wyuczone,  banalne, pozornie odkrywcze kwestie jak własne. Ich wypowiedzi i postępowania pozbawione osobistych refleksji  nie przysparzają jakichkolwiek nowych treści. Są odtwórcze. Podobnie działa  każdy magnetofon. Czy magnetofon jest inteligentny?  Oczywiście, że nie.  Na początku przygody z sieciami neutronowymi było podobnie. Sieci te były odtwórcze. Ogromna ilość danych, niemalże zawartość Internetu, jakimi  je karmiono, pozwalała odpowiadać na zadane pytania, czy rozwiązywać określone problemy tylko w sposób i w zakresie zapamiętanych treści. Co więc się wydarzyło, że sieci zaczęły zachowywać się inaczej? Wygląda na to, że  terabajty  informacji, jakimi je nakarmiono, zaczęły się w nich nie mieścić. Dlatego  w trakcie uczenia maszynowego ulegały samoczynnej kompresji. Sieć wybierała z nich tylko esencję, a wszystkie wcześniejsze, gotowe recepty na cokolwiek, zastąpione krótszymi,  znikały.  Co się więc wydarzyło, że mimo utraty gigantycznej ilości danych wejściowych  sieć sprawnie, z coraz mniejszym błędem obsługuje  modele językowe np. Chat GPT-4 lub najnowszy Chat GPT-5? Odpowiedź jest tylko jedna. Sieć w nieznany jeszcze sposób, w swojej warstwie ukrytej,   posiadła umiejętność dostrzegania analogii pomiędzy znanymi z treningu wzorcami, ale w całkowicie innych krótszych  sformułowaniach. Trudzi się nad tym  matematyka najwyższa z wyższych.  Czy uda się jej opisać równaniami procesy jakie zachodzą w sieciach neuronowych i poznać ich istotę?  Poczekajmy. Jednak stara prawda naukowego dociekania  ostrzega „ bytów nie mnożyć, fikcji nie tworzyć, a fakty tłumaczyć jak najprościej”. Zatem tego się trzymajmy.

Andrzej Antoni Skarbek

Stowarzyszenie Historyczne ODROWĄŻ

 

wtorek, 11 listopada 2025

 



NARODZINY SZPITALA

Wspomnienie

     Zapewne mało kto pamięta, że sędziszowski szpital – kolejny już w historii miasta -  stanął w miejscu aszkenazyjskiej synagogi, zburzonej w 1941 roku przez niemieckiego okupanta. Blisko połowa mieszkańców miasteczka przez stulecia zanosiła w niej modły do Jahwe o zdrowie i pomyślność być może wymadlając temu miejscu szczególną moc. Dowodów na to brak. Ale skoro je  wybrano w 1952 roku ruszając tam z budową  ośrodka zdrowia,  to może oczyszczony z gruzów  historyczny plac,  nadal miał transcendentnie służyć tym, co wojnę przeżyli? 


                          Plac pod budowę sędziszowskiego szpitala. Ruiny synagogi zburzonej w 1941 roku                                                                        przez Niemców. W tle widoczna wieża ratuszowa. Domena publiczna.

                                      

                     Nie pierwszy to lazaret  w historii miasta. Już w 1488 roku, dzięki mecenatowi Beaty z Tęczyńskich Odrowążowej, powstał szpital dla ubogich. Szpital ten w 1631 odnowił i rozbudował do 12 łóżek Mikołaj  Spytek Ligęza. Jednak  szwedzki potop i ogólne zwyrodnienie obyczajów zniweczyły na  długo te inicjatywy bo aż do końca lat 40-tych ubiegłego wieku.  Wtedy, w roku 1948 władze miasta podjęły decyzję o budowie ośrodka zdrowia  oraz łaźni miejskiej. Stali za nią autentyczni lokalni patrioci, Antoni Tobiasz – ówczesny Przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej i Franciszek Brandys  - sekretarz Rady.  Inspirował ich lekarską wiedzą i „judymowskim” zaangażowaniem dr n. med. Tadeusz Lichowski  - kierownik jednoosobowej, trzyizbowej przychodni lekarskiej ulokowanej  wtedy w drewnianym budynku przy ulicy Piłsudskiego 1.

Z początkiem 1952 roku na uprzątniętym z gruzów placu ruszyły wykopy i  murowanie fundamentów. Początkowo  projekt budowlany obejmował nieco większy obszar niż obrys zburzonej synagogi. Dopiero po wznowieniu budowy w 1958 roku  i finansowej korekcie planów projektowany budynek posadowiono dokładnie na miejscu dawnej  bożnicy. Zbędne fundamenty zostały rozebrane, a pozyskane materiały   sprzedano mieszkańcom miasteczka.

                                                                             

                                                                           

                              Po prawej stronie fotografii widoczne nadmiarowe fundamenty przyszłej przychodni. Od lewej                             widoczny dom pp. Czocharów, dalej budynek rzeźni i dom pp. Wątróbskich. Domena publiczna.


                    PZYCHODNIA I PORODÓWKA

                             Przez kilka lat, gołymi  fundamentami przyszłego Ośrodka Zdrowia niepodzielnie rządzili chłopcy ze śródmieścia. Przewodził im – jak pamiętam - Jurek Ciura,  bez zgody którego inni chłopcy, tacy jak ja,  mieszkający „za mostem” nie mieli tam wstępu. Chyba,  że po zwycięskim „najeździe” na tę „warownię” kiedy zdobywcy  wspólnie ze zwyciężonymi uzgadniali rodzaj i termin rewanżu. Starcia te miały bezkrwawy charakter, przebiegały wg ustalonych reguł,  jeńcy byli przetrzymywali niedługo,  tak by zawsze zdążyć na kolację. Kiedy w 1958 roku, ku radości sędziszowian na powrót ruszyły roboty budowlane wśród ich nastoletniej, męskiej części rozległ się „jęk zawodu”. Trwał jednak krótko.

Cieszył się z tego wielce dr. Tadeusz Lichowski. Wspomina jego córka Krystyna cyt: „ na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ojciec miał nowy cel,  budowę przychodni rejonowej wraz z porodówką. Teraz w tym miejscu stoi szpital, ale początki wywalczył i wypracował mój ojciec. Wiem jak tym żył, ile się najeździł i nachodził. Pamiętam kiedy przyjeżdżałam do domu, zwykle wychodził po mnie na stację i w pierwszej kolejności prowadził na miejsce budowy przychodni. Jeżeli chcesz to najpierw Ci pokażę , ile się już zmieniło od ostatniego razu, bo potem będzie ciemno – mówił. To dla niego było takie ważne i tyle starań w to włożył. Kto dziś o tym pamięta? Pewnie nikt o tym nie wie, ile w tym ojca zasługi, że w Sędziszowie powstał szpital”.

Aż w 1962 roku nowy Ośrodek Zdrowia ruszył. Szefem został właśnie dr. Lichowski.  Miałem wtedy 18 lat. Kiedy stanąłem do poboru na wiosnę 1963 roku – jak pamiętam - doktor w obszernym, w pokrytym ołowiem fartuchu obsługiwał prymitywny aparat rentgenowski.  Urządzenie  to nie robiło zdjęć,  tylko lekarz w czasie ekspozycji oglądał na ekranie organa prześwietlanego pacjenta np. płuca.  To był diagnostyczny przełom. Dla lekarza było to jednak wyjątkowo niebezpieczne zajęcie. Ołowiany fartuch słabo chronił radiologa przed promieniowaniem. Tylko bardzo odważni i oddani pacjentom lekarze robili specjalizację z radiologii. Wielu z nich w późniejszym okresie zapadało na zdrowiu i nierzadko odchodziło umierając na raka.

                                                                                                                             

                                                                                    


                     
Przychodnia Rejonowa z Izbą Porodową w końcowej fazie budowy. Lata 1960/1961.  Domena publiczna.                                                                                                                   

 Na piętrze rodziło się sporo dzieci. Porodówką dowodziła twardą ręką pani Zofia Rosa, sędziszowianka z domu Wąsowska, dyplomowana położna. Izba cieszyła się  zasłużonym powodzeniem. Mieszkanki miasta i gminy nie wyobrażały już sobie porodów domowych. Higiena, antyseptyka  zwiększały bezpieczeństwo matek i nowo narodzonych dzieci.  Niestety w latach 70. XX wieku zaczęto stopniowo likwidować izby porodowe. Decyzja ta była częścią szerszej akcji centralizacji opieki medycznej i reformy systemu zdrowia. Głównym powodem likwidacji izb porodowych było dążenie do poprawy bezpieczeństwa matek i noworodków poprzez przeniesienie porodów do większych szpitali i oddziałów położniczych np. do Rzeszowa czy Dębicy, które dysponowały lepszym zapleczem technicznym, wykwalifikowanym personelem oraz możliwością natychmiastowej interwencji w razie komplikacji. W 1975 roku  zlikwidowano również sędziszowską placówkę.

             IDZIEMY PO SZPITAL

            Miastem rządził wówczas Józef Marć. Jak wspomina jego  z-ca Roman Krzystyniak - „był włodarzem zrównoważonym i dbającym o  sprawy społeczeństwa.  Z zawodu nauczyciel, posiadał umiejętność szerszego oglądu spraw miasta i wyboru optymalnych kierunków postępowania”  Krystyna Lichowska, starsza córka dr Lichowskiego pamięta jak jej ojciec „ gorąco namawiał naczelnika Marcia,  by po zlikwidowanej izbie porodowej  koniecznie, zdobył środki i zorganizował tak potrzebny chociażby zalążek szpitala. Aby szpital był wśród chorych”. Ta śmiała idea znalazła zrozumienie w społeczeństwie miasta, a także u jego władz. Trudno dzisiaj odtworzyć ścieżki przebiegu informacji, lobbingu, nacisków społecznych i politycznych oraz podejmowanych decyzji. W konsekwencji, w tyglu ścierających się opinii,  w  ramach funkcjonującej przychodni w Sędziszowie władze samorządowe sfinansowały i otwarły w miejsce izby porodowej pełnowymiarowy oddział chorób wewnętrznych. Jeszcze z nazwy  nie szpital, ale miejsce gdzie chorzy zamiast leżeć  w Rzeszowie lub  Dębicy  mogli leczyć się blisko swoich miejsc zamieszkania. Otwierając oddział szpitalny nie naruszono struktury organizacyjnej powiatowej służby zdrowia, poszerzono jedynie zakres usług istniejącej przychodni.  Pierwszym ordynatorem Oddziału został dr Józef Berłowski, od 1982 roku dr Aleksander Kaczmarski, a od 1986 roku dr n. med. Zbigniew Ziętek, który funkcję tę sprawuje do dzisiaj. Wygospodarowano miejsce na blisko 40 łóżek, własne laboratorium i własna kuchnię. Diagnozowane były ostre przypadki chorób płuc, jamy brzusznej i serca. Większość skutecznie leczono  na miejscu tylko najtrudniejsze przypadki kierowano do specjalistycznych szpitali Rzeszowa.  Na oddziale pracowało podówczas czterech lekarzy i całkiem pokaźne grono wykwalifikowanych, pielęgniarek  klinicznych.

Na początku 1976 roku „na oddziale” znalazł się mój śp. ojciec z diagnozą krakowskiej kliniki, nowotwór. Nie żył już dr Lichowski, który zmarł kilka miesięcy wcześniej. Opiekę nad ojcem przejął dr Józef  Berłowski. Warunki jakie przygotowano choremu na oddziale  były,  jak na owe czasy,  wzorcowe. Czysto, przestronnie i empatycznie. Niestety, ojciec znajdował się już w stanie terminalnym dlatego wkrótce wypisano go do domu. Jednak opieka dr Berłowskiego nad chorym trwała nadal. Częste wizyty domowe, opieka pielęgniarska nie ustały aż do jego odejścia. Szpital przybliżył się do chorego, niemalże wszedł do jego domu. Był częścią zdrowienia, a także umierania. Sądzę, że właśnie o to chodziło jego założycielom.

             BUDUJEMY!

     Jednak w oficjalnej nomenklaturze tak zorganizowany zespół usług medycznych, funkcjonował nadal jako Ośrodek Zdrowia. W świadomości społecznej zaś coraz bardziej utrwalał się obraz i nazwa „szpital”.  Bowiem waga i znaczenie tej działalności zdominowało pozostałe procedury medyczne świadczone w ośrodku - przychodni. W społeczeństwie narastało przekonanie, że miastu należy się „pełnowymiarowy” miejski, samorządowy szpital. To przeświadczenie w pełni podzielały władze miasta z młodym naczelnikiem na czele Romanem Krzystyniakiem i wspomagającym go przewodniczącym Rady Miasta Stefanem Kozakiem. Wspomina Roman Krzystyniak – Presja społeczna na rozbudowę Ośrodka Zdrowia, a co najważniejsze rozbudowę Oddziału Chorób Wewnętrznych była ogromna.  Nie ukrywam, że dzień i w nocy towarzyszyła mi wizja rozbudowanego szpitala z prawdziwego zdarzenia. Nie sięgałem wtedy wyobraźnią do tego, co mamy w mieście dzisiaj. Problem pieniędzy skutecznie te wyobraźnię korygował. Wspólnie ze Stefanem Kozakiem lobbowaliśmy za rozbudową wszędzie. Zdobywaliśmy przychylność środowiska lekarskiego z dr.  dr. Ziętkiem i Dziurzyńskim na czele. Kadry kierowniczej sędziszowskich firm, parafii i klasztoru, dyrektorów szkół … po prostu lobbowaliśmy totalnie. Powołaliśmy też  Radę Dyrektorów, która wspierała wcześniej powołany Społeczny Komitet Budowy Szpitala.  Działaniom tym pomogło wielce 500 - lecie uzyskania przez Sędziszów  praw miejskich obchodzone  w 1983 roku.  Na uroczystości jubileuszowe  przyjechał I sekretarz PZPR  Franciszek Karp, wojewoda rzeszowski  Henryk Ficek oraz inni przedstawiciele władz powiatowych i miejskich. Sprzedaliśmy im naszą ideę. Obiecaliśmy, że w czynie społecznym zdobędziemy pieniądze na projekt i zaawansujemy rozbudowę. I będziemy oczekiwać na finansowanie tej społecznej inicjatywy.

Kontynuuje wspominanie Stefan Kozak – „Po tych uroczystościach nacisk społeczny na rozpoczęcie prac jeszcze się wzmógł. Zwykli ludzie, instytucje i  firmy, a także  ks. Proboszcz Zygmunt  Król, ojciec Bonawentura Płonka, Gwardian klasztoru o.o. Kapucynów  wpłacili nawet znaczne kwoty na finansowanie rozbudowy. Nasze osobiste wizyty w prywatnych domach na terenie gminy uruchamiały pokłady hojności i odpowiedzialności obywatelskiej. Nierzadko wpłacano „wdowi grosz” tym bardziej cenny, że ofiarowywany przecież na cel społeczny. Ostatecznie uruchomiliśmy projektowanie rozbudowy.  A potem rozpoczęła się akcja, której nigdy nie zapomnę. Romanowi udało się pozyskać  jako  oficjalnego realizatora rozbudowy ośrodka zdrowia,   Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej z Rzeszowa. Jednak wszystkie roboty począwszy od załatwiania materiałów, przez ich transport i rozładunek na budowie, prace ziemne i fundamentowe wykonywano społecznie, a koordynowała Gmina. To była jazda bez trzymanki, ale udało się. W roku 1988 mieliśmy stan surowy..

                                                                             


                                  Sędziszowski Szpital Samorządowy. Obecnie SZPITAL POWIATOWY. 

     SZPITAL UŻYCZONY

     Ale walka o szpital dopiero się zaczęła. Wystartowała sztafeta oddanych sprawie samorządowców. Na miejsce Romana Krzystyniaka zameldował się Józef Włodarski. W jego miejsce już w 1990 roku wszedł Wiesław Oleś. To na ich barkach spoczywał ciężar zdobywania i wygospodarowywania z budżetu miasta pieniędzy na kontynuację rozbudowy kompleksu szpitalnego. Uciekano się do wszelkich możliwych sposobów znalezienia finansowania rozpoczętego dzieła. Zachowała się korespondencja Józefa Włodarskiego z Kongresem Polonii Amerykańskiej  w sprawie finansowego i rzeczowego wsparcia budowy szpitala. Jak wspomina Michał Włodarski, syn Józefa, - wsparcie to było udzielane nawet po odejściu ojca z urzędu.   Ostatecznie wieloletni,  trudny I etap samorządowej rozbudowy zakończył się w 1998 roku. Decyzją władz miasta – aby zapewnić dalsze finansowanie kolejnych etapów budowy -  cały kompleks przychodni, szpitala i obiektów towarzyszących użyczono Zakładowi Opieki Zdrowotnej w Ropczycach. Rozpoczął  się II etap rozbudowy  Szpitala. Właściwie trwa do dzisiaj.

 

 

czwartek, 25 września 2025

 

UCIECZKA I NADZIEJA

EMIGRACJA GALICYJSKA

 

Porozbiorowa Polska rozdarta miedzy trzech zaborców i wymazana z mapy Europy - wobec represji politycznych, klęsk powstańczych i pogarszających się warunków ekonomicznych – na przestrzeni II połowy XIX wieku traciła swoich obywateli. Jak podają źródła około 3,5 miliona odważnych i zaradnych Polaków zdecydowało się „uciec na stałe”  z ojczyzny by na obczyźnie szukać lepszego życia. Ich przedsiębiorczość i najczęściej, młode silne ręce zaczęły uczestniczyć w ożywieniu gospodarczym Stanów Zjednoczonych, Kanady, Brazylii i Argentyny, ale też Niemiec, Austrii  i Czech.   

 

NADZIEJA

Galicja, jako Królestwo Galicji i Lodomerii,  była jednym z najbiedniejszych regionów monarchii austro-węgierskiej.  Obejmowała tereny Małopolski Zachodniej, pomiędzy Wisłą a Sanem, Małopolski Wschodniej tj. Ruś Czerwoną ze Lwowem, Stanisławowem, Tarnopolem, Przemyślem i Sanokiem, oraz fragmenty Wołynia,  Podola i  Bukowiny. Rozdrabnianie gospodarstw rolnych, przeludnienie wsi  oraz niskie plony  prowadziły wśród chłopów do biedy, głodu i braku perspektyw. Po zniesieniu pańszczyzny i ich uwłaszczeniu całe rzesze mieszkańców wsi, dotychczas  „zaopiekowanych” socjalnie  przez dwory i folwarki, zderzyły się z realiami gospodarki towarowo-pieniężnej. Z koniecznością sprzedaży na rynku wyprodukowanych przez siebie płodów rolnych, sprzedaży swojej pracy i kupowania za pieniądze towarów, zapewnianych wcześniej przez dwory,  w ramach wymiany barterowej. Rosło zapotrzebowanie na „żywy pieniądz”. Okres ten trwał około 25 lat,  po którym - mimo nabywania przez nielicznych  chłopów rozparcelowywanej, ziemiańskiej ziemi -  sytuacja nie uległa poprawie. Tym bardziej, gdy zarzucono zwyczaj pozostawiania gospodarstwa w rękach najstarszego syna i zaczęto je dzielić pomiędzy rodzeństwo. Toteż powszechna bieda i brak możliwości rozwoju karlejących  gospodarstw sprawiły, że odważniejsi i bardziej zdeterminowani zaczęli szukać lepszego życia za granicą. Z ofertą wyjazdu wychodzili naprzeciw pośrednicy.


Emigranci przy burcie parowca w Bremie – Niemcy rok 1874

Domena publiczna

W konsekwencji wielu mieszkańców zwłaszcza z zachodniej Galicji z okolic Nowego Sącza, Rzeszowa, Tarnowa ruszyło tłumnie „za chlebem” do Ameryki. To wtedy narodziła się  melodia i słowa songu  „Góralu czy ci nie żal… śpiewana  tęsknie do dzisiaj.

 


Emigranci na statku – widoczna Statua Wolności

Domena publiczna



Emigranci na Ellis Island -  Ameryka rok 1902

Domena publiczna.


Emigranci na ziemi amerykańskiej po zejściu na ląd.

Domena publiczna

 

Niektórzy wracali po kilku latach z zarobionymi „dolarami”, ale wielu osiedlało się tam na stałe w stanach Nowy Jork, Pensylwania, New Jersey, Illinois,  głównie w Chicago, a z czasem w wielu innych ośrodkach na wschodzie i środkowym zachodzie Stanów, tworząc tam etniczne skupiska „krajanów”. Później przekształciły  się one w silne ośrodki polonijne. Ocenia się, że w okresie od 1870 roku do 1914 wyemigrowało z Galicji około  miliona mieszkańców. Jednak po zarobieniu dolarowej gotówki  wielu z nich powróciło do kraju.        Swoim strojem,  swobodniejszym  zachowaniem i inwestycjami w rozwój pozostawionych gospodarstw budzili powszechny podziw skłaniając tym samym  kolejnych młodych ludzi do wyjazdu „za ocean. Apogeum emigracyjne do Stanów przypadło na  przełom  XIX i XX wieku.  

 

„ZA CHLEBEM”  Z  POWIATU ROPCZYCKIEGO.

Jak proces wypraw „za chlebem” przebiegał w okolicach Ropczyc i Sędziszowa w swojej monografii pt. „ PRZESZŁOŚĆ WSI POWIATU ROPCZYCKIEGO  W USTACH ICH MIESZKAŃCÓW”  opisał  etnograf dr Jerzy Fierich. Powiat ropczycki był terenem, którego mieszkańcy żyli głównie z rolnictwa i drobnego rzemiosła. Gospodarstwa stawały się coraz mniejsze, ziemi nie starczało, a warunki życia  surowe. W takich okolicznościach emigracja stała się ucieczką od biedy i nadzieją na przyszłość. Wg. relacji Fiericha  jako jeden z pierwszych  w roku 1883 wyjechał z Krzywej  do Ameryki, Wojciech Łagowski. Cyt:  „toż to było we wsi strachu i gadania bez liku, bowiem naród bał się kolej jechać, a cóż dopiero okrętem, którego nikt nie znał i nigdy nie widział.  W rok później wyjechał drugi, potem trzeci, a kiedy ci przesłali kilka dolarów to istny szał ogarnął wszystkich, pożyczał kto mógł na drogę i wyjeżdżał do złotodajnego kraju”. O wyjeździe każdy marzył, a na zabawach śpiewano „ O przekrasno Ameryko, byś nie była tak daleko…”

EMIGRACJA ŁAŃCUCHOWA

Pojawiło się zjawisko emigracji łańcuchowej. Wyjazd jednych osób uruchamiał wyjazdy kolejnych. Przysyłane i przywożone z Ameryki pieniądze w znaczący sposób poprawiały materialne warunki życia na wsi. Taka opinią dzielono się z etnografem  w Wolicy Piaskowej i Borku Wielkim. W Kamionce i Latoszynie mieszkańcy twierdzili,  że zarobione w Ameryce pieniądze umożliwiły  powracającym nabywanie ziemi z rozparcelowywanych ziemiańskich majątków. Jak pisze dr  Fierich,  emigranci  wspomagali pieniężnie również swoje wsie. Np. w Jaźwinie wybudowano dom ludowy.   Szacuje się, że w latach 1880 do 1914 roku z terenu powiatu ropczyckiego,  zamieszkiwanego przez około 58 000 ludzi  wyjechało głównie do Ameryki,  od sześciu do siedmiu tysięcy osób.

ZA DOLARY ZIEMIA

Parcelacja ziemiańskich  folwarków zaczęła się w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Proces ten trwał aż do początku lat 20-tych wieku następnego.. Rozparcelowywane grunta – poza  Żydami, kupcami i ziemianami - nabywali za amerykańskie pieniądze miejscowi i okoliczni chłopi. Np. ze Szkodnej, Lubczy, Nagoszyna, Borowej i Nawsia.  Kupowali je wprost lub przez Bank Ziemski w Łańcucie.  Nabywano po kilkanaście mórg, ale też po kilka. Na tych gruntach najczęściej powstawały nowe gospodarstwa np. w Nagoszynie powstało ich aż 31, niezależnie od tego niektóre małe  gospodarstwa powiększały swój dotychczasowy obszar. Czasem też powstawały całkiem nowe przysiółki, tak jak w Sielcu - Podlasek z 20 gospodarstwami, a w ww. Nagoszynie - Cieszęcin. Zjawisko to miało też negatywne skutki.  Jak pisze dr. Jerzy Fierich „pod pewnymi względami rozparcelowywanie folwarków było dla chłopów niekorzystne, gdyż wcześniej dwory dawały zarobek, zwłaszcza chłopom uboższym.” Zanikała dawna równość w biedzie i potencjale produkcyjnym.  Wieś zaczęła się rozwarstwiać. Bogatym przybywało, a biedni stopniowo ubożeli. To właśnie oni napędzali zjawisko emigracji zarobkowej do Stanów.

ROZWÓJ WSI

Jednak zmiany te miały też  znaczący społecznie, pozytywny skutek. Wraz z parcelacją dworów znikało ich prawo propinacji czyli monopolu na produkcję i wyszynk alkoholu.  Skutkiem tego zamykano dzierżawione od ziemian żydowskie karczmy. Gwałtownie zanikało zbiorowe pijaństwo, pojawił  się zaś przywieziony z Ameryki etos pracy i postęp techniczny. Zaczęto sprowadzać nieznane wcześniej maszyny rolnicze jak kultywatory, obsypniki, młocarnie itp. Zaczęto hodować bydło mleczne, uprawiać rośliny okopowe.  głównie ziemniaki. Zaprzestano powszechnej wcześniej uprawy i przetwarzania lnu na odzież zastępując  ubiorami z importowanych tkanin bawełnianych. Zakładano kółka rolnicze i spółdzielnie mleczarskie. Pierwsze kółko powstało już w 1887 roku w Brzezinach. Kółka z kolei otwierały sklepiki skutecznie konkurujące z handlem żydowskim. Powstawały samopomocowe instytucje finansowe takie jak Towarzystwo Zaliczkowe w Sędziszowie.   Ale dopiero spółdzielcze spółki oszczędnościowe typu Reiffeisena stworzyły odpowiednie dla potrzeb wsi warunki finansowania produkcji rolniczej. Na uwagę zasługują ochotnicze straże pożarne. Pierwszą założono w 1898 w Brzezinach, kolejne w Borku Wielkim  i Zwierniku. Potem już  straż pożarna istniała w każdej wsi strzegąc jej zabudowań przed ogniem.  Zmienił się także strój chłopa, a wraz z nim świadomość klasowa. Jak pisze dr. Fierich  w Bobrowej chłopi powracający z Ameryki sprowadzali nowe mody, ubrania,  oberoki, marynarki, palta, krawaty i różne obce zwyczaje”.

TOŻSAMOŚĆ SPOŁECZNO-POLITYCZNA

Budziła się wśród chłopów świadomość klasowa oraz chęć oddziaływania na stosunki społeczne na swojej wsi, w gminie, w powiecie i w kraju.  Pierwsze zaczątki ruchów politycznych odnotowano w roku 1858 na wspólnym  zjeździe chłopów z Wolicy Ługowej i Przedmieścia Sędziszowskiego.  Jednak powszechne rozbudzenie świadomości politycznej nastąpiło dopiero w latach osiemdziesiątych XIX wieku dzięki obywatelskiemu nauczaniu ks.Stanisława Stojałowskiego – społecznika i ważnej postaci ruchu ludowego. Za jego zachętą zaczęto wspólnie czytać gazety takie jak „Niedziela” „Pszczółka”  „Wieniec”  i  Gazetę Świąteczną. Pojawili się liderzy ruchu ludowego „ do których chłopi udawali się po wskazówki i wyjaśnienia i u których schodzili się na narady polityczne. Taka rolę w okolicy Wolicy Ługowej odgrywał Stanisław Birkowski, a w okolicach Wielopola Maciej Gac z Nawsia” – odnotowuje dr  Jerzy Fierich. Ruchy te jeszcze nieśmiałe, wkrótce połączyły się i już 28 lipca 1895 roku chłopscy delegaci utworzyli w Rzeszowie w gmachu Sokoła  Stronnictwo Ludowe , które wkrótce  przyjęło nazwę  Polskie Stronnictwo Ludowe. Istnieje ono do dzisiaj.

IMIGRANCI ROZWIJAJĄ AMERYKĘ

 Tymczasem w Ameryce i innych krajach,  polskie, emigranckie ręce przyczyniały się do dynamicznego  rozwoju gospodarczego. W USA powstawały fabryki, kopalnie, linie kolejowe  - potrzebna była tania siła robocza gotowa do pracy fizycznej. Przybysze z Galicji nie znali języka, nie mieli obywatelstwa amerykańskiego i byli w pełni zależni od pracodawców. Nie uczestniczyli też w znaczących buntach czy strajkach.  Zamiast tego tworzyli liczne, lokalne stowarzyszenia i fundacje, a także gazety i stacje radiowe,  które były platformami do dyskusji i pomocy wzajemnej. Powstawały kościoły i szkoły wspomagające zachowanie polskiej tożsamości, a również po to żeby przygotować kolejne pokolenia do życia w nowym kraju. Tym zjawiskom sprzyjał rząd Stanów Zjednoczonych, wykorzystywał je skutecznie przemysł,  zyskiwali zaś wszyscy Amerykanie:  ci starzy, dawno tam przybyli i ci świeżej daty, którzy zarobionymi pieniędzmi wspomagali też pozostawione „za wodą” małe ojczyzny. Ten kolosalny rozwój odnotowany na przełomie XIX i XX wieku w  kraju emigrantów, jakim są Stany Zjednoczone,  wspomagali Polacy,  przybywający tam  licznie z trzech zaborów. Z biegiem lat budził się wśród nich żal, że nie było im dane osiągnąć na Ojcowiźnie dobrostanu jaki wyrwali swoją pracą Ameryce.  Historia emigracji zmusza dziś do postawienia pytania: jak pogodzić  wrogość do współczesnych migrantów z tamtą opowieścią? Jak przekonać do przyjaznego ich wykorzystywania? Jak w końcu uznać ich trud za przyczynek do rozwoju naszego kraju, którego,  - na szczęście  - nie trzeba już opuszczać ani za „za chlebem” ani ku wolności.    

Andrzej Antoni Skarbek

Stowarzyszenie Historyczne ODROWĄŻ

Wrzesień 2025 rok

 

W tekście wykorzystano:

Zdjęcia i grafiki z domeny publicznej,

ponadto: Przeszłość wsi

powiatu ropczyckiego w ustach jej mieszkańców.

dr. Jerzy Fierich wyd. 1933 roku