piątek, 5 września 2025

 

KRES SĘDZISZOWSKIEJ MLECZARNI

Spółdzielnia Mleczarska w Sędziszowie Małopolskim  została postawiona w stan likwidacji. Sąd Rejonowy w Rzeszowie XII Wydział Gospodarczy KRS w lipcu br.  -  na  wniosek zarządu Spółdzielni -  zarejestrował ten fakt w rejestrze sądowym.

Przyczyną zakończenia działalności -  objaśnia dotychczasowy prezes Gustaw Popławski  - jest dramatyczny brak mleka w skupie.  Na wsiach wokół Sędziszowa praktycznie zaprzestano hodowli krów.  A  więc prowadzenie ”na stratach”  lokalnej  firmy mleczarskiej nie ma sensu.  Proces „przejadania” jej majątku zatrzymaliśmy tylko w  interesie członków spółdzielni. Po 100 latach nieprzerwanej działalności i 54 latach mojej w niej pracy przyszedł czas, aby ją zamknąć. – ze smutkiem konstatuje Popławski.  - Rada Spółdzielni mnie powierzyła  funkcję likwidatora.  Przewiduję, że proces zamknięcia ksiąg handlowych potrwa  co najmniej 6 miesięcy.  I dodaje -  Wcześniej należy zbyć jej majątek, wyprzedać zapasy, spłacić zobowiązania i na koniec  wygenerować nadwyżkę finansową, która wypłacę członkom Spółdzielni w formie jak gdyby „dywidendy”. Zamierzam też  uczcić 100 -  lecie Spółdzielni  podczas zwołanego na 25 października 2025 r  Walnego Zgromadzenia jej Członków, Ogłoszę wtedy planowane wyniki likwidacji i przewidywaną wysokość indywidualnych gratyfikacji członkowskich. A potem Sąd wykreśli Spółdzielnię z KRS. Firma formalnie przestanie istnieć.

 

NADZWYCZAJNA OSOBLIWOŚĆ

Nie  ma w Sędziszowie takiej firmy, która nieprzerwanie funkcjonowałaby okrągłe 100 lat. Założono ją bowiem  25 października 1925 roku. To właśnie w tym dniu, z inicjatywy doktora praw Zygmunta Artura Tałasiewicza, adwokata i właściciela ziemskiego z Sielca uchwalono na zebraniu założycielskim statut spółki mleczarskiej,  wpłacono na kapitał kwotę 1050 złotych polskich oraz wyłoniono Przewodniczącego Rady Nadzorczej. Został nim inicjator tego przedsięwzięcia Zygmunt Artur Tałasiewicz. W skład Rady weszli ponadto: ziemianin z Iwierzyc  Ludwik Starowieyski, administrator dóbr hr. Tarnowskich Szczęsny Sandos, ich leśniczy Karol Mugler, ks. Kanonik Stanisław Maciąg oraz sędziszowianie panowie Florian  Daniel i Jan  Świder. Produkcja ruszyła natychmiast po rejestracji spółki. Wpierw w domu prywatnym Floriana Daniela na Przedmieściu, a potem od 1937 r. w wybudowanym od podstaw zakładzie przetwórstwa mleka przy ul. Polnej w Sędziszowie.


KIM BYŁ ZYGMUNT ARTUR TAŁASIEWICZ?

 


Urodził się 10 września 1871 r w Ropczycach. Maturę zdał w Wadowicach, a w 1895 ukończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jak na owe czasy błyskawicznie się doktoryzował i już w 1896 uzyskał tytuł doktora praw tego Uniwersytetu. Ten nietuzinkowy prawnik blisko 30 lat poświecił pracy sędziowskiej. Zaczynając w Nowym Sączu, przez Tarnów, Krosno, Krościenko i Strzyżów w 1923 roku, jako radca sądu apelacyjnego na własną prośbę przeszedł na emeryturę i rozpoczął praktykę adwokacką w Rzeszowie.  Jak pisze o nim Ryszard Remiszewski w broszurce PIENIŃSKI EPIZOD ZYGMUNTA TAŁASIEWICZA „z natury prędki do pracy i pełen inicjatywy” gdziekolwiek by nie był „ze swoim rzutkim i niespokojnym charakterem staje się duszą towarzystwa”, jednocześnie jest  twórcą prospołecznych projektów i zaangażowanym organizatorem ich realizacji. Był urodzonym spółdzielcą. Zakładał składnice Kółek Rolniczych w Strzyżowie i w Rzeszowie. Działał też  w Radzie Miasta Rzeszowa, był  zawsze gotowy do nowych wyzwań i niestrudzony w dążeniu do celu.  „Przed II wojną światową Tałasiewiczowie posiadali  w Sielcu  znaczny majątek ziemski. W 1945 roku dobra te zostały rozparcelowane, a z dworu wypędzono jego mieszkańców. Pozostali bez domu i środków do życia. Z opresji wybawili ich ojcowie Kapucyni, przeznaczając do ich dyspozycji 5 klasztornych cel. Po  wyzwoleniu kontynuował  - nie bez szykan ze strony nowych władz – praktykę adwokacką, służąc spółdzielczości odzieranej powoli z samodzielności i samostanowienie.

Zmarł  10 marca 1956 roku w Chorzowie, gdzie w roku 1945, po parcelacji jego sieleckich dóbr  i konfiskacie ich domu osiadły jego córki Zofia i Julia. Został pochowany w rodzinnym grobie na cmentarzu komunalnym w Sędziszowie Małopolskim. Tym samym Jego związek z parafią i  miastem trwa nadal, a wraz z nim pamięć o prospołecznym projekcie biznesowym pod firmą Spółdzielnia Mleczarska,  któremu starczyło mocy aż na 100 lat!

 

KONTYNUACJA WBREW PRZECIWNOŚCIOM

 

Bohaterowie tamtego aktu, członkowie - założyciele  sędziszowskiej Spółdzielni dawno „odeszli z tego świata”.  Ale ich synowie i wnuki kontynuowały udział w firmie. Jedni,  jak syn sędziszowianina Jana Świdra, pan Józef Świder kierował nią w latach 60-tych przez blisko 10 lat. Inni byli dostawcami mleka i beneficjentami dywidend. Ale jak każde dobrze zaprojektowane przedsiębiorstwo po okresie prosperity, w niezłej kondycji przetrwało wojnę i rozpoczęło powojenny okres zmagań o istnienie. - W pierwszej połowie lat 50-tych,  po  kierowniku Paradowskim, kiedy centralne zarządzanie spółdzielczością stało się faktem,  Spółdzielnia podupadła. Produkowano mało wspierając się narzuconą z góry dystrybucją nawozów, narzędzi i  maszyn rolniczych. – wspomina Gustaw Popławski. - Dopiero wraz z ekipą Gierka powiał nowy, inwestycyjny wiatr. To właśnie wtedy zatrudnił mnie w zakładzie dyr. Józef Świder .Był rok 1971.

 KIM JEST GUSTAW POPŁAWSKI?

 

   
         Urodził 6 listopada 1945 roku na Przedmieściu. A więc rodowity sędziszowianin. Zadziorny, odważny, a zarazem pryncypialny absolwent Technikum Mleczarskiego  w Rzeszowie, doświadczony praktyką fachowiec od przetwórstwa mleka i prowadzenia produkcji wyrobów mleczarskich.  Ale też zręczny negocjator i jak Tałasiewicz: „prędki w działaniu i pełen inicjatywy” szef produkcji w mleczarniach Dębicy, Krosna i Sędziszowa. A potem od 1974 roku do dzisiaj prezes zarządu sędziszowskiej Spółdzielni Mleczarskiej. To za jego kadencji zakład zyskał na znaczeniu i renomie. Jak wspomina – z  pomocą przychylnych mi centralnych organów spółdzielczości mleczarskiej rozpocząłem modernizację zakładu. W pierwszym rzędzie wybudowaliśmy własne ujęcie wody i nową kotłownię z dwoma wysokociśnieniowymi  kotłami parowo – wodnymi, co umożliwiło  produkcję kazeiny na poziomie 400 tys. ton rocznie, głównie na eksport do USA. Zyskaliśmy tym samym dostęp do dewiz i możliwość  modernizacji parku maszynowego mleczarni. W dziele tym wspomagał mnie Stefan Ocytko mój zastępca ds. techniczno-produkcyjnych. Na jego wiedzę i lojalność zawsze mogłem  liczyć.  A mieli obaj co modernizować, bo po 37 latach użytkowania tylko talent i wiedza mleczarnianych  mechaników zapewniały ciągłość produkcji. W krótkim czasie staraniem Popławskiego firma  zainwestowała w nowoczesne masielnice, linię do produkcji kefirów, linię do konfekcjonowania mleka i śmietany oraz  wydajne pakowaczki do masła, śmietany i twarogów. Uruchomiła produkcję atrakcyjnych rynkowo nowych gatunków  serów. Zmiany te przyciągnęły do Spółdzielni nowych członków. W szczytowym okresie liczba dostawców przekraczała 2,5 tysiąca, a ilość skupowanego mleka to ponad 80 000 litrów dziennie. W zakładzie pracowało blisko 70 osób, z czego ponad połowa to kobiety.    

nagle 3 czerwca 2010 na miasto i okolice wraz z gigantycznym deszczem spadła powódź. Mleczarnia została całkowicie zalana. Woda wdarła się wszędzie – relacjonuje prezes Popławski - Najbardziej ucierpiały kotłownia, magazyny kazeiny i dojrzewalnia serów. Również woda zalała pozostałe pomieszczenia produkcyjne. Ponad lustro wody wystawała  jedynie rampa rozładowcza. Byliśmy bezradni. Kiedy woda opadła miejscami zalegało 60 cm mułu. Blisko miesiąc przywracaliśmy ograniczone zdolności produkcyjne zakładu. Jednak na nic się to zdało. Zanotowane straty bilansowe wyniosły ponad trzy miliony złotych, nie licząc potężnych strat w majątku .Zalegaliśmy z zapłatą za surowiec i materiały do produkcji. Dostawcy mleka odeszli do innych mleczarni. Bank odmówił dalszego kredytowania Spółdzielni. W takiej sytuacji jedynym wyjściem było zaprzestanie produkcji i sprzedaż części zakładu. Tym sposobem Spółdzielnia uniknęła upadłości i spłaciła większą część swoich zobowiązań. Po 85 latach działalności  przestał istnieć zakład produkcyjny  mleczarni.  

Ale nadal istniała firma – Spółdzielnia Mleczarska. Zarządczy talent Gustawa  Popławskiego powiązał ją z dużymi sieciami handlowymi.  W pomieszczeniach, które ocalały z powodzi,  uruchomił niemalże wirtualną hurtownię mleka i wyrobów mleczarskich. Większość  operacji handlowych odbywała się w myśl zasady  producent - „loco”- sklep.   Jednak i ta forma działalności powoli traciła pozycję rynkową. Było coraz trudniej. Aż przyszedł czas na zamknięcie firmy i w myśl prawa spółdzielczego, po spieniężeniu majątku i zaspokojeniu wierzycieli, podzielenie się z członkami spółdzielni, proporcjonalnie do posiadanych udziałów,  tym co pozostanie po jej likwidacji. Oby było tego jak najwięcej.

 

Andrzej Antoni Skarbek

Stowarzyszenie Historyczne ODROWĄŻ

Wrzesień 2025 r.

W tekście wykorzystano

archiwum autora, a także

broszurę PIENIŃSKI EPIZOD TAŁASIEWICZA

autorstwa Ryszarda Remiszewskiego z 1989 r.  

 

 

 

czwartek, 4 września 2025

 

CO DALEJ Z PAKĄ SĘDZISZA?

RZECZ O AMBITNYM MUZYKOWANIU

 

Jest początek lat 60-tych. W Ameryce króluje rock and roll, a w Polsce dynamicznie rozwija się big bit jego polska, gitarowa odmiana. Niebiesko – Czarni, Czerwono – Czarni, wkrótce potem Czerwone Gitary to gdańskie zespoły rockowe, które swoją grą rozpalały głowy i serca ówczesnej młodzieży. Gra na elektrycznej gitarze w szkolnym lub zakładowym bigbitowym zespole to marzenie chłopców z tamtych lat. Jednak tylko nielicznym to się udaje. Na przeszkodzie stoi brak instrumentów, ich wysoka cena, a także mała liczba nauczycieli gry na gitarze. Jednak tu i ówdzie pojawiają się sprowadzane z Czechosłowacji gitary marki JOLANA. Na instrumentach tej firmy sporadycznie grali Eric Clapton, Jimi Hendrix i inni. Naprzeciw marzycielom wychodzi miesięcznik Młody Technik, który w kilku numerach publikuje instrukcje samodzielnej budowy gitary elektrycznej. I oto młody sędziszowianin Józio Biedroń, nie bez trudu, konstruuje dla siebie w pełni sprawny instrument. Jak dzisiaj wspomina: Korpus gitary wyciąłem z lipowej deski, a gryf z klonowego klocka o podłużnych słojach. Dokładnie umiejscowiłem progi na gryfie i mostek na korpusie. I gitara o ostrym, elektrycznym dźwięku stroiła doskonale. Pierwszym wzmacniaczem było analogowe radio AGA.

KORMORANY

Tymczasem w Sędziszowie, w Domu Kultury co czwartek i co sobotę tańczono zapamiętale. Grali zawodowcy po średniej szkole muzycznej: sędziszowianin Jan Cyzio – utalentowany klawiszowiec, oraz Jan Babula - trąbka, związany małżeńsko z sędziszowianką Krysią Kowalską. Towarzyszyli im zapraszani przez Babulę różni, profesjonalni rzeszowscy perkusiści. Babula i Cyzio grali porywająco. W snach grałem razem z nimi opowiada Biedroń – Śniłem tym mocniej, bo lekcji muzyki głównie harmonii podpartej grą na akordeonie uczył mnie Jasiu Cyzio. Pod jego okiem ćwiczyłem też, ze zrozumieniem, gitarowe chwyty i akordy. Ode mnie douczał się mój przyjaciel Kaziu Tomaszewski. Miał sprowadzoną z Czech prostą JOLANĘ. Używał jej przez długi czas. Po kilku latach współpracy - wspomina dalej Józek Biedroń

- Cyzio i Babula rozstali się. I wtedy mój mistrz Janek Cyzio zaproponował mnie i Kaziowi Tomaszewskiemu udział w tworzonym przez siebie zespole muzycznym o nazwie KORMORANY. Moje sny stały się rzeczywistością. Graliśmy muzykę rozrywkową na dancingach w Sędziszowie i Ropczycach. Wraz z nami występował wtedy perkusista Tadziu Pragłowski, a czasami, przyjeżdżając pociągiem, wspomagał nas „na skoczka” perkusista słynnego Blackotu potem Breakoutu Józef Hajdasz.

I tak oto spełniły się marzenia młodego muzyka. Rozpoczął się dla niego - pod czujnym okiem mistrza Jana Cyzia - czas doskonalenia techniki gry na gitarze, ale także nauka aranżacji utworów muzycznych i co najważniejsze udanego wokalu. Przez lata gry w różnych zespołach i  okolicznościach czysty, liryczny baryton Józefa Biedronia wzbogacał instrumentarium orkiestry i budził uznanie słuchaczy. nadszedł rok 1968. Leader sędziszowskiego środowiska


muzyków popkultury Jan Cyzio ukończył zaocznie warszawskie Konserwatorium na kierunku kompozycji i dyrygentury z fagotem, jako instrumentem obowiązkowym. Rozpoczął pracę Reprezentacyjnym Zespole Artystycznym Wojska Polskiego w Warszawie. Na zawsze pożegnał się z Sędziszowem.

 

Zespół KORMORANY

Pierwszy od lewej z gitarą elektryczną - Józef Biedroń. Pierwszy od prawej z gitarą JOLANA

- Kazimierz Tomaszewski. Drugi od prawej, kierownik zespołu - Jan Cyzio.

Wejście do Domu Kultury w Sędziszowie.

Początek lat 60-tych XX wieku.

ASTRY

Osierocone jego odejściem sędziszowskie środowisko muzyków – amatorów skrzyknęło się i założyło zespół muzyczny ASTRY. Dołączył do nich „po wojsku” Józek Biedroń, który wkrótce stał się gitarowym leaderem zespołu i jego wokalistą. Wraz z nim grali Władek Marek i Franek Skarbek - saksofony i perkusja, Stasiu Kotula – akordeon i Olek Kanach – perkusja. Zespół preferował muzykę pop, a także „dla chleba” repertuar weselno- świąteczny. Wykorzystując nauki i przykład Janka Cyzia oraz talent Józefa Biedronia wspólnie aranżowali brzmienie granych utworów oraz formę sceniczną swoich występów. ASTRY grały od końca 1968 do 1989 roku. Grały do tańca, ofiarowując społeczności miasta ponad 20 lat pracy artystyczno-rozrywkowej.

Zespół ASTRY

Pierwszy od lewej – gitara, Józef Biedroń Pierwszy od prawej perkusja, Franciszek Skarbek

 

Tymczasem rosła konkurencja. Z końcem lat 80-tych zaczęto powszechnie używać instrumentów harmonicznych takich jak dobre keyboardy lub syntetyzatory. Coraz lepsze nagłośnienie wzmacniaczami i głośnikami dużej mocy preferowało mocno, basowo podkreślany rytm kosztem brzmienia instrumentów melodycznych. Zniknęły skrzypce, trąbka i akordeon. Zapomniano o fortepianie. Ostał się saksofon używany do solówek lub w muzyce disco polo. Pozostały gitary elektryczne. Stąd też ASTRY występowały coraz rzadziej, bo ich muzyka trąciła myszką. Ostatecznie zespół się rozwiązał. W takiej sytuacji leader ASTRÓW Józek Biedroń wybrał się do Stanów, gdzie występował z gitarą w polonijnej orkiestrze tanecznej Białe Orły.

 

ASTERS

W roku 1994 wrócił do Sędziszowa i dołączył do założonego pod jego nieobecność przez dawnych kolegów zespołu ASTERS. Niestety, grano z rzadka i okazyjne w niemodnej już formule, która nie trafiała w gusta odbiorców. Grano bardziej z sentymentu do uprawianej jak dawniej muzyki niż dla potrzeb muzycznego rynku Sędziszowa. W końcu zespół zakończył działalność. Pozostała jednak nostalgia za sceną.

PAKA SĘDZISZA

Po kilku latach, na początku 2001 roku z inicjatywy pracownika Domu Kultury akordeonisty i akompaniatora Jana Przybka, jego dyrektor Kazimierz Popielarz zaprosił do siebie Józefa Biedronia i Stanisława Kotulę - Spotkaliśmy się we czwórkę na luźnej rozmowie. – wspomina Biedroń – Była moda na tworzenie kapel podwórkowych. Spróbujmy. I tak się zaczęło. Dom Kultury stał się miejscem, gdzie spotykaliśmy się na próbach i gdzie dobieraliśmy i tworzyliśmy repertuar. Kapela występując pro bono miała integrować wokół niego społeczność Sędziszowa. I to udało się nam znakomicie. Rzeczywiście. Trudno jest nie docenić pomysłu Jana Przybka i zaangażowania w tworzenie kapeli Józefa Biedronia. Jak wspomina - Dołączyli do nowego zespołu, miedzy innymi, Franek Skarbek, Franek Stręk, Kazimierz Tomaszewski, Jan Klocek i co najważniejsze, Janusz Ignas - tekściarz i kontrabasista.


PAKA SĘDZISZA

Pierwszy eksperymentalny skład zespołu.

Pierwszy od lewej: Józef Biedroń, Franciszek Stręk, Franciszek Skarbek, Marian Charchut, akordeonista nieznany, Janusz Ignas, klarnecista nieznany, z trąbką Jan Przybek

Rok 2002

 

Praca w kapeli była wielkim wyzwaniem. Aranżowanie starych przebojów muzyki rozrywkowej, piosenek z warszawskiego Czerniakowa, przebogatej oferty utworów lwowskich i melodii rodzimego folkloru pod głosy i instrumentarium zespołu wymagała cierpliwości, wielu prób i talentu. Niezmiennie solistą i konferansjerem pozostawał Józek Biedroń. On też pisał często harmonikę funkcyjną wykonywanych utworów, a także komponował proste melodie do tekstów pisanych przez Janusza Ignasa. Ten utalentowany tekściarz, dowcipny i wrażliwy fraszkopisarz, dobry instrumentalnie kontrabasista jest autorem tekstu hymnu Sędziszowa. To jest hit. Jego pierwsze takty melodyczne, kuranty, wybrzmiewają w mieście z zegara wieży ratuszowej.

Na przestrzeni ponad 10 lat działalności zmieniał się skład osobowy kapeli. Na początku lat dwutysięcznych wzmocnił jej instrumentarium zdolny, profesjonalny muzyk Paweł Gnacek, swobodnie grający na banjo, akordeonie, fortepianie i kontrabasie. Nieco później do zespołu dołączył jego syn Konrad, uzdolniony i wykształcony muzycznie skrzypek. To właśnie Paweł przejął wkrótce kierowanie zespołem i rozpoczął  epokę jego ogólnopolskiej renomy oraz zdobywania zasłużonych laurów. A w PACE mimo upływu lat ciągle – z krótka przerwą prowadził „konferansjerkę”, grał na gitarze i śpiewał Józek Biedroń. Jego sceniczne doświadczenie i interesujący wokal, jak zawsze wzbogacały brzmienie kapeli. Towarzyszył im Kazimierz Tomaszewski, kolega Biedronia jeszcze z czasów „muzycznej stajni” Janka Cyzio, legendarnego sędziszowskiego instrumentalisty. Tomaszewski grał na zawieszonym na ramieniu bębnie ze stylowym napisem PAKA SĘDZISZA i herbem miasta. Mijały lata. Kapela zdobywała szlify. Jej absolutnym fanem i sponsorem był Kazimierza Kiełb, od 2006 roku Burmistrz Sędziszowa. Kapela zyskała miejską tożsamość i nazwę PAKA SĘDZISZA. Stała się własnością społeczną i powodem do dumy z bycia sędziszowianinem. Integrowała mieszkańców programem dając wykonawcom, muzykom i aktorom powód do osobistych satysfakcji.



PAKA Sędzisza

Od lewej: Janusz Ignas, Jan Przybek, Józef Biedroń, Kazimierz Tomaszewski, Romuald Klocek i Paweł Gnacek.

Październik 2013 r.

 

Ta nazwa i ten herb, pod którym tworzyli i prezentowali się sędziszowscy artyści amatorzy zdobywała w latach 2013 do 2018 wyróżnienia i premiowane miejsca na

„pudle” w Ogólnopolskich Festiwalach Kapel Folkloru Miejskiego im. Jerzego Janickiego w Przemyślu, najstarszej i najbardziej znanej tego typu imprezie w Polsce. Jej twórczość wspierał czynnie burmistrz miasta Bogusław Kmieć. w roku 2019 PAKA SĘDZISZA zajęła I miejsce na tym 41 już festiwalu. Tygodnik REPORTER z 16 maja 2019 w numerze 19 triumfalnie donosił:

„Mamy najlepszą kapelę w Polsce! Wygraliśmy z ośmioma konkurentami!” No i po niespełna trzech latach od tego wydarzenia Rada Miasta w Sędziszowie Małopolskim Uchwałą Nr XL/403/22 z dnia 10 lutego 2022 roku nadała Kapeli Podwórkowej „PAKA SĘDZISZA” wyróżnienie: Zasłużony dla Ziemi Sędziszowskiej.

CO DALEJ Z PAKĄ SEDZISZA?

Pod nieobecność Józia Biedronia - wspomina Paweł Gnacek - na początku lat dwutysięcznych dołączyłem do zespołu z moją grą na banjo, instrumentem typowym dla kapel miejskich, jej brzmienie zmieniło się. Można było budować nowe aranżacje granych wcześniej utworów. Przedwojenne tanga, przeboje lwowskiego i warszawskiego folkloru, ambitna muzyka weselna wzbogaciły nowym brzmieniem repertuar kapeli. Około roku 2004 do zespołu powrócił Biedroń, wnosząc jak zawsze dobrą grę na gitarze, konferansjerkę i charakterystyczny dla niego wokal. Tymczasem z zespołu odchodzili zasłużeni dla niej muzycy - amatorzy. Czas robił swoje. Rosły oczekiwania i wymogi publiczności. W takiej sytuacji przejąłem kierowanie kapelą, wzbogaciłem ją o moją grę na akordeonie, o teksty naszego satyryka i kontrabasisty Janusza Ignasa oraz o grę profesjonalnego skrzypka, mojego syna Konrada. No i postanowiłem


spróbować sił w zderzeniu z innymi na konkursach i festiwalach. Na początku był Przemyśl ze swoim 36. już Festiwalem kapel miejskich. Był to rok 2013. Zdobyte tam w silnej konkurencji II miejsce dodało nam skrzydeł. Wraz z tym sukcesem rosła popularność kapeli. Sędziszowianie byli z nas dumni. No i potem kolejne festiwale w Przemyślu, Łęcznej, Wysokiej do roku 2019, kiedy na 41. już przemyskim festiwalu zdobyliśmy I miejsce. Konkurencja była mocna i liczna. Grało tam aż 8 zespołów. Byliśmy szczęśliwi…

 

PAKA SĘDZISZA.

Od lewej: Konrad Gnacek, Józef Biedroń, Paweł Gnacek i Janusz Ignas.

18.06.2022

 

W tym roku w 46. już Ogólnopolskim Festiwalu Kapel Podwórkowych w Przemyślu uczestniczyło sześć zespołów. Występowały na rynku i na okolicznych osiedlach. Festiwal zakończył się koncertem galowym. Zwyciężyła kapela „Z Golesz Orkiestra” z Sulejowa. Niestety, tym razem zabrakło tam PAKI SĘDZISZA. - Blisko dwa lata temu zawiesiliśmy działalność – nostalgicznie relacjonuje Paweł Gnacek – Brak czasu na społeczną działalność, częste niedyspozycje zdrowotne muzyków, emigracja poza miasto skrzypka i brak zmiennika oto główne przyczyny tej decyzji. Ale także brak środków na aktywny marketing, spadek zainteresowania naszą twórczością i znużenie publiczności kapelą. To młodzi powinni kontynuować tę działalność, powinni ją modernizować, ulepszać nie tracąc nic z tradycji miejskiego muzykowania. Wierzę, że tak się stanie?

Czy zatem dobiega końca historia muzyków amatorów skupionych od lat wokół zasłużonego sędziszowskiego Domu Kultury? Czyżby dobiegała też końca historia sędziszowskiej kapeli PAKA SĘDZISZA? Inicjatywy wybitnie niekomercyjnej czynionej z potrzeby służeniu społeczeństwu miasta! Przedsięwzięcia, które to miasto tak znakomicie rozsławiło. Może po trwającej przerwie w działalności pojawią się jednak utalentowani, ambitni młodzi instrumentaliści, dobre głosy, skuteczni organizatorzy kultury muzycznej, którzy korzystając z doświadczenia zmęczonych sukcesami członków kapeli zbudują na jej


zrębach nowy artystyczny byt? A w dziele tym, z całą pewnością, będą mogli liczyć na opiekę i mecenat władz miasta z Miejsko-Gminnym Ośrodkiem Kultury na czele.

 

Andrzej Skarbek

przy współpracy Marii Strzępki

Stowarzyszenie Historyczne Odrowąż

 

W tekście wykorzystano archiwa Józefa Biedronia , autora

oraz tygodnika REPORTER.


 

NASZA KLASA

 

Jest przedostatnia, czerwcowa sobota 2022 roku. Wczesnym popołudniem do Zajazdu pod Górą powoli ściągają  odświętnie ubrani starsi ludzie. Jedni z zaciekawieniem spoglądają na przybywających, jakby odkrywając w pamięci kto zacz,  drudzy witają się rzucając się sobie w ramiona. Niektórzy nie widzieli się co najmniej od 30 lat. Tyle czasu bowiem upłynęło od ostatniego zjazdu maturzystów sędziszowskiego Liceum Ogólnokształcącego, którzy w dorosłość weszli  1962 roku. A tak wiele wydarzało się wokół nich. Oni też są inni niż wtedy. Jednak wciąż  mają w pamięci cztery lata szkolnego, wspólnego trudu  zwieńczonego egzaminem maturalnym.

 

 

 Maturzyści 1962.

                 Siedzą od lewej profesorowie: pani Maria Grabcowa – historyczka, pan Władysław Białek –        polonista, pani Felicja Węglowska – geografka i dyrektorka Liceum, pan Piotr Prokop – matematyk i wychowawca klasy, pani Wiesława Bauman – biolożka.

 

Pamiętają zapewne początek lipca 1958 roku. Wtedy to właśnie jako 14 letni absolwenci okolicznych szkół podstawowych; dziewczynki i  chłopcy, prawie jeszcze dzieci piszą swój pierwszy w życiu egzamin.  Z matematyki i z polskiego. Wynik egzaminu zadecyduje czy zostaną przyjęci do Liceum, czy będą mogli uczyć się dalej. Czy po maturze i po wymagających kolejnych egzaminach dostaną się na studia wyższe? Zapewne nie myślą o tym jeszcze,  bo zbyt odległa perspektywa. 


Absolwentki podstawowej  Szkoły Żeńskiej w Sędziszowie rocznik 57/58 z wychowawczynią panią Władysławą Skarbkową. Osiem z nich zdało egzamin i dostało się do Liceum Ogólnokształcącego na rok szkolny 58/59

          Ale w pamiętnym czerwcu 2022 roku wszystko się wyjaśniło. Tamte dzieci po latach wyrosły na niezwykle zdolną młodzieżą.  Z liczby 28 absolwentów, którzy z powodzeniem zakończyli liceum maturą 1962, aż 18 dostało się na studia wyższe. Udziałem wielu stało się udane dorosłe życie i kariery zawodowe. To oczywiste, że ich sukces to też sukces szkoły i jej  nauczycieli.

Do tej szkoły weszli nieśmiało. Po spartańskich warunkach w podstawówkach nowy budynek liceum, obszerne, jasne klasy, błyszczące parkiety i obowiązkowe kapcie robiły wrażenie. Jeszcze bardziej deprymowały ich szkolne mundurki. Chłopcy w szytych na miarę granatowych garniturkach z czerwonymi lampasami, z których błyskawicznie wyrastali i dziewczynki w jednakowych  błyszczących na granatowo fartuszkach szkolnych ozdobionych białymi kołnierzykami. Ale duma z bycia uczniem Liceum  była nieskrywana. Uczniowskie, wzorowane na studenckich czapki szkolne i czerwone tarcze z logo szkoły noszone  na rękawach płaszczy obwieszczały mieszkańcom miasteczka o statusie ich właścicieli. Strzegła tego wraz z gronem profesorskim Felicja Węglowska charyzmatyczna dyrektorka liceum i nauczycielka geografii. Była żoną harcerza i nauczyciela Władysława Węglowskiego, organizatora Szarych Szeregów w Sędziszowie, aresztowanego i  torturowanego przez okupanta w dębickiej i krakowskiej katowni gestapo. Węglowski zesłany  do Oświęcimia zginął tam w roku 1941.

Budynek liceum w owych siermiężnych, powojennych czasach rzeczywiście budził wrażenie. Trzy kondygnacje, szerokie korytarze, po których na przerwach spacerowały dziewczęta i dokazywali chłopcy,  piękna sala gimnastyczna, położone na tyłach budynku niewielkie boisko sportowe a na jego skraju najprawdziwsza strzelnica. To tam po czujnym okiem prof. Józefa Dziedzica,  nauczyciela wychowania fizycznego po krakowskiej AWF uczniowie,  dziewczęta i chłopcy bez wyjątku, w ramach przysposobienia wojskowego strzelali do tarcz z karabinków sportowych kbks. W powiatowym, ogólnodostępnym strzeleckim współzawodnictwie mistrzynią okazała się  Marysia Dudówna, późniejsza Maria Strzępka – polonistka i rusycystka, długoletnia dyrektorka, założonego jeszcze za okupacji przez ks. dr. Jana Zwierza,  dzisiejszego Zespołu Szkół Agro-Technicznych w Ropczycach. Animatorka szkolnych zespołów tanecznych i niestrudzona działaczka społeczna.

W budynku liceum znalazło się miejsce na pracownie tematyczne. W swojej pracowni prof. Grabiec uczył chemii doświadczalnej.  Rzeczywiście rzadko z niej wychodził, a  kiedy to się stawało roztaczał wokół siebie specyficzny zapach chemikaliów. Wielu z jego uczniów wybrało po maturze studia chemiczne. Ciekawość  budziła też pracownia fizyczna. Tam z kolei doskonale  wykładał fizykę prof. Stanisław Ptasznik, w młodości piłkarz Lechii Sędziszów. Jego metody nauczania, poprzez aktywizację zainteresowań uczniów lekturą popularnonaukową z dziedziny astrofizyki to nowatorski wówczas pomysł na ich sukces w egzaminach wstępnych na studia techniczne.  Jednak wśród grona profesorskiego, nie podlegający dyskusji prym, wodził prof. Władysław Białek ksywa Zeus. Polonista i jeden z  założycieli humanistycznego LO w Sędziszowie. Również twórca szkolnego chóru ze sztandarowym wykonanie na trzy głosy powstańczego Marszu Mokotowa. To dzięki niemu  Liceum Ogólnokształcące obchodzi dzisiaj jubileusz 80-lecia istnienia. 

poniedziałek, 10 marca 2025

 

Ks. Prałat Wołek – Wacławski.

Wspomnienie.  

45 rocznica śmierci.

 

Jakież zasługi  trzeba ponieść wobec kościoła i społeczeństwa, aby w uroczystościach pogrzebowych dobroczyńcy wzięło  udział 120 księży, kilku prałatów, dwóch biskupów,  arcybiskup oraz nieprzebrane rzesze wiernych. Tym człowiekiem był ks. Jan  Wołek – Wacławski. Oddany ludziom czuły społecznik, niekwestionowany autorytet moralny, historyk ziemi sędziszowskiej, autor między innymi trzytomowego dzieła „Sędziszów i okolice”, poeta, patriota, filantrop i życzliwy, otwarty na świat kapłan.

 

 

Ks. Jan urodził się 20 lutego 1891 roku w Będziemyślu z rodziców Julii z Idzików Wołkowej i Stanisława Wołka jako najstarszy z dziewięciorga rodzeństwa.  Był niezwykle zdolnym dzieckiem. Podobno w wieku pięciu lat zaczął czytać i rachować, aby po dwóch latach rozpocząć naukę od razu w II klasie czteroletniej  galicyjskiej szkoły ludowej w Sędziszowie. Podlegała ona Radzie Szkolnej Okręgowej z Rzeszowa. Nie sposób zapomnieć, że po ukończeniu ówczesnej podstawówki, za namową jej kierownika i za zgodą rodziców, wybijający się uczeń rozpoczął naukę w 8-letnim gimnazjum klasycznym w Dębicy.  Ukończył je z przekonaniem, że jego powołaniem jest filozofia. Szkoła ta kładła nacisk na naukę łaciny i greki. Po maturze, którą zdał celująco,  zapisał się na wydział filozoficzny Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jednak ukończywszy pierwszy rok studiów, przeniósł się na taki sam wydział Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Studiując tam i równocześnie  ucząc syna Aleksandra hr. Skarbka, posła na Sejm Krajowy Galicji i członka austriackiej Rady Państwa,  zamieszkał w jego lwowskim pałacu. Jak wspomina ten czas  - czerpał pełnymi garściami wiedzę ze społecznikowskiej i patriotycznej  działalności hrabiego.  Wydaje się, że bezpośredni kontakt z nim pozostawił  na charakterze młodego studenta filozofii znaczący ślad. 

 

Być może potrzeba służenia ludziom, podpatrzona u  działacza państwowego, jakim był hr. Aleksander Jan Skarbek,  dopełniła jego rodzące się powołanie do  kapłaństwa i skłoniła do przerwania studiów we Lwowie. Potrzebę tę wzmocniła zaobserwowana skuteczność w działaniu wielkich społeczników i uczonych teologów  arcybiskupa Józefa Bilczewskiego i arcybiskupa kościoła ormiańskiego Józefa  Teodorowicza. Poznał  ich obu u hr. Skarbka i na Uniwersytecie.

W rezultacie młody Jan Wołek przenosi się do Przemyśla,  gdzie rozpoczyna studia teologiczne w tamtejszym Seminarium Duchownym. Tam też spotyka kolejnych księży, wielkich polskich patriotów z rektorem ks. Łękawskim i ks. bp. Józefem Sebastianem Pelczarem na czele. To pod ich wpływem przybrał nazwisko Wołek – Wacławski. Nie wiemy dlaczego Wacławski, a nie Łaszewski, bowiem, jak  wspomina rodzony brat ks. Jana,  ks. Antoni Wołek, ich rodzina  pochodziła ze szlachty zagrodowej Łaszewskich herbu Wołek. Rodzina ta osiedliła się w Sielcu w XVII wieku. Na przestrzeni lat  z ksiąg parafialnych Sędziszowa  nazwisko to zniknęło, a w to miejsce pojawiło się  zawołanie herbowe Wołek.

Po ukończeniu Seminarium Duchownego, wyświęcony przez biskupa Pelczara, ks. Jan Wołek – Wacławski nakazem  Diecezji Przemyskiej  otrzymuje posadę wikarego w Rudniku nad Sanem.  Wkrótce zostaje mianowany etatowym katechetą tamtejszych szkół podstawowych. Uczy także języka polskiego w rudnickim Żeńskim Seminarium Nauczycielskim. Rozpoczyna się zatem jego kariera oddanego młodzieży pedagoga i wychowawcy. Kontynuuje ją z wielkimi nauczycielskimi sukcesami w Jaworowie koło Lwowa, gdzie w 1928 roku obejmuje etat katechety w tamtejszym gimnazjum. Uczy także w seminarium nauczycielskim. Jego praca z młodzieżą nie ogranicza się tylko do nauki religii. Z mandolina w ręku, mając doskonały słuch muzyczny, uczy śpiewu, organizuje chóry i przedstawienia teatralne. Jest uznanym przez społeczność Jaworowa i kochanym przez młodzież animatorem kultury ludowej.



Ks. Jan Wołek – Wacławski z braćmi - maturzystami  Józefem i Antonim

 

Ks. Jan Wołek - Wacławski był także miłośnikiem historii. Pierwszą jego pracą naukową była wydana drukiem w Jaworowie książka pt. „Będziemyśl i Klęczany”. To świetny rys historyczno – etnograficzny okolic rodzinnej parafii. W roku 1936 otrzymuje tytuł magistra na Wydziale Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zafascynowanie historią realizował poprzez lekturę i kwerendę źródeł,  znakomicie ułatwioną doskonałą znajomości łaciny. Przeczytał  też uważnie prawie wszystkie powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. Imponujący dorobek pisarski tego autora to 232 powieści, w tym  144 społeczno-obyczajowych i 88 historycznych.  Wybrane przez siebie krótkie wypisy z dzieł  pisarza wydał pod roboczą nazwą „Złote myśli w powieściach J.I. Kraszewskiego” . Pisząc na emeryturze z benedyktyńską cierpliwością  wielkie trzytomowe dzieło pt. „Sędziszów i jego okolice” wzorował się na warsztacie pisarskim Kraszewskiego. Ta historia miasta i okolic jest jedyną, wyczerpującą i bogatą w fakty monografią czekającą nadal na wydanie książkowe. Tworzy też wiersze pod wspólnym tytułem „ - SILVA –RERUM -” oraz  teksty okolicznościowych piosenek.

Zawierucha wojenna przygnała ks. Jana na powrót w rodzinne strony. Rezyduje na plebanii w Będziemyślu w charakterze jej administratora. Jego społecznikowski talent daje o sobie znać w pracy na rzecz ruchu oporu. Będąc członkiem Armii Krajowej o pseudonimie Wojsław organizuje meliny i żywność dla „spalonych”  żołnierzy AK i Batalionów Chłopskich. Słucha zakazanego radia dzieląc się z ruchem oporu informacją dochodzącą z Londynu „od wolnych narodów”. Z narażeniem życia odprawia pogrzeb zastrzelonego przez Niemców w 1944 roku w Sędziszowie 22-letniego członka BCH Stanisława Delikata z Klęczan.  Pomaga, jak może okolicznej ludności, każdego wysłuchując, służąc radą i materialną pomocą. Z powodzeniem hoduje pszczoły. Jest kochany przez mieszkańców ziemi będziemyskiej.

Niezwłocznie po ukonstytuowaniu się nowej, powojennej  władzy i nowego szkolnictwa w 1945 roku wraca do szkoły. Zostaje katechetą w nowoutworzonym Liceum Ogólnokształcącym w Sędziszowie Małopolskim. I znowu, jak w Jaworowie przed wojną,  organizuje w nim szkolny teatr i chór. Młodzieżowi aktorzy z sukcesem występują z patriotycznym programem w okolicznych wsiach,  umęczonych dopiero co minioną, wyniszczającą okupacją niemiecką.  Jego praca zostaje zauważona przez władze i świeckie,  i kościelne. W 1948 roku, z żalem żegnany, wyjeżdża do Przeworska, gdzie rozpoczyna kolejny rozdział swojego nauczycielskiego i kapłańskiego powołania. Zostaje katechetą wszystkich przeworskich szkół średnich. I tak jak poprzednio stara się w trudnych dla księży stalinowskich czasach przekazywać uczniom prawdę o dobrym, prawym życiu chrześcijanina. Także tam pisze dwutomową „Kronikę Parafialną” Przeworska.  W wieku 60 lat przechodzi na emeryturę, jednak uczy nadal, do czasu kiedy w 1955 roku ówczesne władze zabroniły mu dalszej pracy z młodzieżą.

Rozpoczyna się kolejny etap w życiu ks. Jana. Tak jak wspomniano wcześniej, w pełni sił twórczych i z profesjonalnym warsztatem historyka znającego biegle łacinę, piszę dzieło swojego życia - trzytomową  opowieść o Sędziszowie i okolicach. Każdy tom to 400 stron maszynopisu, pełen treści wydobytych z archiwów Uniwersytetu Jagiellońskiego, archiwów kościelnych i wszystkich dostępnych wówczas źródeł. Historia Sędziszowa wg. ks. Wacławskiego zaczyna się we wczesnym średniowieczu. Pisze bardzo szeroko ujmując temat na tle antropologii, archeologii, etnografii, mitów, podań i ostatecznie faktografii dostępnej głównie w  łacińskojęzycznych źródłach. Jest to bezcenna  monografia, której wydanie drukiem, ujawni szerokim rzeszom nie tylko sędziszowian, kompleksową historię miasta i jego okolic.














Ks. Jan Wołek – Wacławski w przeworskim mieszkaniu

 

Mieszka w Przeworsku aż do końca swoich dni.  Umiera w dniu 26 lutego 1980 roku.  Odchodzi  „na wieczną kapłańską wartę” człowiek, który kochał ludzi. Dla każdego  napotkanego człowieka, bez względu na pochodzenie i  wiek miał ciepłe i serdeczne słowa, uśmiech czy dobrą i życzliwą radę – wspomina jego brat Ks. Antoni Wołek. W czasie 40 letniej pracy z młodzieżą wychował 37 wyświęconych kapłanów, a wszystkie pokolenia jego uczniów wspominały go jako swojego przyjaciela i orędownika. Jego zasługi doceniły również władze kościelne. Na rocznicę Złotych Godów Kapłańskich otrzymał błogosławieństwo Ojca Świętego,  jak również  błogosławieństwo ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego. W dwa lata później Papież Paweł VI  nadał mu tytuł „ Honorowego Kapelana Jego Świątobliwości” wraz z tytułem  prałata, jako znak uznania zasług ks. Jana dla Kościoła. Tytuł ten uprawnia do noszenia sutanny w kolorze amarantowym.

 

Ks. Jan umiera w Przeworsku w otoczeniu rodziny w wieku blisko 90 lat. Jego pogrzeb – eksporta  celebrował Jego Ekscelencja ks. Bp Tadeusz  Błaszkiewicz z Przemyśla i 90 księży, a udział w nabożeństwie pogrzebowym wzięły tłumy wiernych parafian. Trzy dni później, w  dniu 29 lutego 1980 roku w Będziemyślu miał miejsce właściwy pogrzeb. Będziemyślanie  tłumnie powitali trumnę z ciałem zmarłego już na  dwa kilometry przed kościołem.  Wyszli naprzeciw z lampionami i pochodniami. Niosąc na ramionach złożyli ją wobec Jego Ekscelencji ks. arcybiskupa Jerzego Karola Ablewicza, który celebrował  Mszę Św.  żałobną z udziałem 30 księży. Po nabożeństwie ks. prałat  mgr Jan Wołek – Wacławski żegnany przez tłum wiernych spoczął w grobowcu rodzinnym na miejscowym cmentarzu. Cześć Jego pamięci.

 

Andrzej Antoni Skarbek

Stowarzyszenie Historyczne ODROWĄŻ

 

 

Opracowano w oparciu o

życiorys śp. ks prałata. mgr Jana Wołek - Wacławskiego

autorstwa młodszego brata ww. tj. ks. Antoniego Wołka

w roku 1987 w Człuchowie.