Wspomnienia Stanisława Kaczorowskiego cz.II
Przed wojną
Sędziszowski Rynek przed wojną wyglądał podobnie jak
dzisiaj, tylko z północnej strony, gdzie dziś są bloki z mieszkaniami, były
żydowskie kamienice ze sklepami. W ratuszu po prawej stronie był sklep żelazny,
a po lewej kółko rolnicze, w którym sprzedawała pani Szczyrkowa. Nie było
budynku Warmetu (obecnie Urząd Miejski). Budynek dawnego „Plastyka", a
obecnie ZSZ, był to mieszkalny budynek żydowski. Nie było budynku Banku
Spółdzielczego, tylko żydowska kamienica, gdzie na dole mieściła się jajarnia.
Tam w wapnie było setki, tysiące jaj. Ta jajarnia najlepiej rozwijała się za
okupacji, gdy przejęli ją Niemcy.
W części budynku Platów (koło restauracji
Jubileuszowej) był sklep kolonialny, w którym można było kupić cytryny,
pomarańcze, cukier, mąkę, groch. W drugiej części był posterunek Policji. Do
dziś są tam kraty w oknach. Polacy z żydami żyli dobrze. Oni mieli swoje
żydowskie myślenie. Jak nie miałem na żywność, szedłem do sklepu i mówiłem, że
dzisiaj nie zapłacę, bo nie mam pieniędzy, a on odpowiadał: A czy ja wołam?
Kiedy będziesz mieć, to mnie dasz.
A
potem to sobie wszystko policzył.
Jako dzieci bawiliśmy się razem z dziećmi żydowskimi.
Razem chodziliśmy do szkoły. Szkoła mieściła się w budynku obecnego gimnazjum,
tym przed klasztorem. Za okupacji nie mogliśmy się tam pomieścić, więc nauka
była też w budynku ochronki (obecnego Przedszkola nr l koło Domu Strażaka). Ja
się tam uczyłem rok w II albo w III klasie. Moją wychowawczynią była pani
Szczęsna. Mieszkała w tym dworku, gdzie teraz przyjmuje doktor
Dziurzyński.
Pod
niemiecką okupacją
Czasy okupacji to były smutne czasy. To były czasy,
kiedy nic nam nie było wolno. Moje ubranie składało się z krótkich porteczek,
które mi mama własnoręcznie uszyła, koszuliny, w której chodziłem przez całą
okupację. Po tych czterech latach to ona była okropnie zdarta. Nigdzie nie
można było kupić odzieży. Sklepy były dla Niemców i folksdojczów. Można było do
nich wejść tylko za okazaniem niemieckiej legitymacji. Ja na co dzień chodziłem
boso, albo w jakichś drewniakach załatwionych u Niemców.
Nie
było pracy. Był zakład pana Jurkowskiego, który w czasie wojny przejęli Niemcy
i produkowali wozy i sanie dla wojska. Był taki jeden chłop z Przedmieścia,
któremu Niemcy dali zielony filcowy kapelusz z pawim piórkiem, a którego
zadaniem było wywożenie wozów z terenu zakładu na składowisko wozów znajdujące
się przed stacją kolejową. Miał silnego konia i po pięć tych wozów zaprzęgał.
Zawsze jak jechał z tymi wozami czy saniami to śpiewał. A na tym składowisku
była brygada, która te wozy ustawiała jedne na drugich, tak, że tych wozów to
były całe hałdy.
Po froncie jeszcze tyle tych wozów zostało, że rolnicy
z okolicznych wiosek je sobie pobrali. Przed wojną mój tato był masarzem -
najlepszym w Sędziszowie. To co my teraz jemy to jest świństwo. Za okupacji nie
było wolno zabijać żywca. Ale jak coś tam się dało zjeść policjantowi, to
patrzył przez palce i potajemnie się biło świnie czy jałówki. Był taki
policjant Piątek, to nawet u niego w domu rozbieraliśmy świnie, robiliśmy
wyroby. Ja tatowi zawsze kręciłem w maszynie, gdy nadziewał kiełbasy. Jak tato pracował
w zakładach drzewnych to nie dostawał pieniędzy, tylko co miesiąc dostawaliśmy
prowiant: woreczek mąki grochowej, dziesięciokilogramową puszkę marmolady, litr
wódki czystej, ceres (coś podobnego do smalcu) - 2,3 kostki, trzy chleby
dwukilogramowe, trochę cukru, soli. Ja to przywoziłem na takim drewnianym
wózeczku. Żeby zająć kolejkę do tego prowiantu, trzeba było wyjść z domu o
piątej rano. Za ten prowiant trzeba było zapłacić, pamiętam, że płaciłem 6 zł
50 gr. Ja te zakłady dobrze znałem, bo byłem gazeciarzem i nosiłem tam gazety
Polakom i Niemcom. Po południu, po szkole brałem gazety i na drugi dzień,
jeszcze przed lekcjami szedłem do zakładów i tam je sprzedawałem. Było nas
pięciu gazeciarzy w Sędziszowie. Nie było wtedy telewizji, nie było radia. Po
wyzwoleniu w całym Sędziszowie było tylko dwa radioodbiorniki. Jeden miał pan
Chmiel - mieszkał na Ogrodowej, tak jak ja. Chodziłem do niego często posłuchać
transmisji z meczów. Najpierw miał niemieckiego Sterna, a potem Teslę.
W czasie wojny gazeta była jedynym źródłem informacji.
Sprzedawaliśmy „Goniec krakowski", który był pokazany w filmie „Katyń”,
rolnikom sprzedawało się pismo „Siew", jedyną ilustrowaną gazetą był
„Kurier Ilustrowany". W kieszeni miałem też kamienie do zapalniczki i
sacharynę w takich małych pudełeczkach. Przywoził mi to taki handlarz z
Tarnowa.
Getto
Wyszło kiedyś zarządzenie, że mamy się wyprowadzić z
naszego domu przy ulicy Ogrodowej do takich drewnianych domków za domem
kultury. Mieszkaliśmy tam jakieś pół roku. Cała południowa część Sędziszowa aż
po klasztor oo. Kapucynów została wysiedlona i odgrodzona takimi płotkami
odśniegowymi. Żydzi coś przeczuwali, byli smutni, oddawali kosztowności na
przechowanie. Spodziewali się, że zostaną wywiezieni, albo coś innego z nimi
zrobią. Liczyli, że jeśli uda się przeżyć, to odbiorą te rzeczy. Do mojego ojca
przyszła raz żydówka, która chciała oddać na przechowanie 4 worki cennych futer
z norek i innych. Niemcy wcześniej ogłosili, że nie wolno nic od żydów
przyjmować, więc ojciec się bał, że nas rozstrzelają i nie przyjął. Pewnego
dnia, chyba w czasie kolacji, nagle słyszymy krzyk, łomot, jakieś rozbijanie -
okazało się, że to Niemcy wtedy wyganiali żydów do getta. Główny sztab getta
był w obecnym budynku ZSZ.
Któregoś dnia nieroztropnie znalazłem się na terenie
getta. Myśmy nie mieli studni, a studnia miejska była na terenie zajętym na
getto. Wybrałem się tam raz po wodę, bo ci co mieli studnie, nie chcieli dać
wody, z obawy, że im studnia wyschnie. Ówczesny Komendant Policji
granatowej nazywał się Zelik. Przed domem pani Platowej była wystawiona ławka,
na której on często przesiadywał. Był gruby, czapkę miał opuszczoną na oczy i
drzemał. Nabrałem wody w studni i ruszyłem do domu. Doszedłem do tych płotków
przy głównej ulicy, chciałem przejść przez dziurę i wrócić do domu. Nagle
Niemiec z karabinem złapał mnie za kołnierz. Zaprowadził mnie do budynku
kierownictwa getta i mówi: Juden! Juden! Psia krew Juden! Dostałem kolbą po
plecach.
Tam mnie Niemcy legitymowali. Przesłuchiwali mnie po
niemiecku: co ja tam robiłem, po co to wiaderko... Co ja tam umiałem parę słów
po niemiecku, to im odpowiadałem. Niemiec, który mnie przyprowadził wrócił
przed budynek, a ten Zelik tłumaczył mu, że jestem Polakiem. Niemiec zapytał,
czy mój ojciec umie po niemiecku. Mój tata na szczęście umiał mówić po
niemiecku, więc Niemiec powiedział, żeby mój tato przyszedł, pokazał ausweis,
wytłumaczył wszystko, to może mnie wypuszczą. Więc ten Zelik od razu poleciał po
ojca i razem przyszli. W końcu jeden z tych Niemców w komendzie getta kopnął
mnie w tyłek, a ja wyleciałem przez drzwi na twarz.
Gdy ojciec przyniósł dokumenty, Niemiec wziął je i
wszedł do budynku, a mi kazał czekać na ulicy. W końcu, po sprawdzeniu
dokumentów ojca mnie wypuścili. Wyszedłem z getta przez tę dziurę w
płotkach.
Ja byłem gówniarzem, to się potem z tego śmiałem, a to była poważna sprawa, bo niewiele brakowało, a poszedłbym do wapna razem z żydami.
