niedziela, 5 lipca 2026

 

Wspomnienia Stanisława Kaczorowskiego cz.II

 

Przed wojną

Sędziszowski Rynek przed wojną wyglądał podobnie jak dzisiaj, tylko z północnej strony, gdzie dziś są bloki z mieszkaniami, były żydowskie kamienice ze sklepami. W ratuszu po prawej stronie był sklep żelazny, a po lewej kółko rolnicze, w którym sprzedawała pani Szczyrkowa. Nie było budynku Warmetu (obecnie Urząd Miejski). Budynek dawnego „Plastyka", a obecnie ZSZ, był to mieszkalny budynek żydowski. Nie było budynku Banku Spółdzielczego, tylko żydowska kamienica, gdzie na dole mieściła się jajarnia. Tam w wapnie było setki, tysiące jaj. Ta jajarnia najlepiej rozwijała się za okupacji, gdy przejęli ją Niemcy. 

W części budynku Platów (koło restauracji Jubileuszowej) był sklep kolonialny, w którym można było kupić cytryny, pomarańcze, cukier, mąkę, groch. W drugiej części był posterunek Policji. Do dziś są tam kraty w oknach. Polacy z żydami żyli dobrze. Oni mieli swoje żydowskie myślenie. Jak nie miałem na żywność, szedłem do sklepu i mówiłem, że dzisiaj nie zapłacę, bo nie mam pieniędzy, a on odpowiadał: A czy ja wołam? Kiedy będziesz mieć, to mnie dasz. 

A potem to sobie wszystko policzył. 

Jako dzieci bawiliśmy się razem z dziećmi żydowskimi. Razem chodziliśmy do szkoły. Szkoła mieściła się w budynku obecnego gimnazjum, tym przed klasztorem. Za okupacji nie mogliśmy się tam pomieścić, więc nauka była też w budynku ochronki (obecnego Przedszkola nr l koło Domu Strażaka). Ja się tam uczyłem rok w II albo w III klasie. Moją wychowawczynią była pani Szczęsna. Mieszkała w tym dworku, gdzie teraz przyjmuje doktor Dziurzyński. 

Pod niemiecką okupacją 

Czasy okupacji to były smutne czasy. To były czasy, kiedy nic nam nie było wolno. Moje ubranie składało się z krótkich porteczek, które mi mama własnoręcznie uszyła, koszuliny, w której chodziłem przez całą okupację. Po tych czterech latach to ona była okropnie zdarta. Nigdzie nie można było kupić odzieży. Sklepy były dla Niemców i folksdojczów. Można było do nich wejść tylko za okazaniem niemieckiej legitymacji. Ja na co dzień chodziłem boso, albo w jakichś drewniakach załatwionych u Niemców. 

Nie było pracy. Był zakład pana Jurkowskiego, który w czasie wojny przejęli Niemcy i produkowali wozy i sanie dla wojska. Był taki jeden chłop z Przedmieścia, któremu Niemcy dali zielony filcowy kapelusz z pawim piórkiem, a którego zadaniem było wywożenie wozów z terenu zakładu na składowisko wozów znajdujące się przed stacją kolejową. Miał silnego konia i po pięć tych wozów zaprzęgał. Zawsze jak jechał z tymi wozami czy saniami to śpiewał. A na tym składowisku była brygada, która te wozy ustawiała jedne na drugich, tak, że tych wozów to były całe hałdy. 

Po froncie jeszcze tyle tych wozów zostało, że rolnicy z okolicznych wiosek je sobie pobrali. Przed wojną mój tato był masarzem - najlepszym w Sędziszowie. To co my teraz jemy to jest świństwo. Za okupacji nie było wolno zabijać żywca. Ale jak coś tam się dało zjeść policjantowi, to patrzył przez palce i potajemnie się biło świnie czy jałówki. Był taki policjant Piątek, to nawet u niego w domu rozbieraliśmy świnie, robiliśmy wyroby. Ja tatowi zawsze kręciłem w maszynie, gdy nadziewał kiełbasy. Jak tato pracował w zakładach drzewnych to nie dostawał pieniędzy, tylko co miesiąc dostawaliśmy prowiant: woreczek mąki grochowej, dziesięciokilogramową puszkę marmolady, litr wódki czystej, ceres (coś podobnego do smalcu) - 2,3 kostki, trzy chleby dwukilogramowe, trochę cukru, soli. Ja to przywoziłem na takim drewnianym wózeczku. Żeby zająć kolejkę do tego prowiantu, trzeba było wyjść z domu o piątej rano. Za ten prowiant trzeba było zapłacić, pamiętam, że płaciłem 6 zł 50 gr. Ja te zakłady dobrze znałem, bo byłem gazeciarzem i nosiłem tam gazety Polakom i Niemcom. Po południu, po szkole brałem gazety i na drugi dzień, jeszcze przed lekcjami szedłem do zakładów i tam je sprzedawałem. Było nas pięciu gazeciarzy w Sędziszowie. Nie było wtedy telewizji, nie było radia. Po wyzwoleniu w całym Sędziszowie było tylko dwa radioodbiorniki. Jeden miał pan Chmiel - mieszkał na Ogrodowej, tak jak ja. Chodziłem do niego często posłuchać transmisji z meczów. Najpierw miał niemieckiego Sterna, a potem Teslę. 

W czasie wojny gazeta była jedynym źródłem informacji. Sprzedawaliśmy „Goniec krakowski", który był pokazany w filmie „Katyń”, rolnikom sprzedawało się pismo „Siew", jedyną ilustrowaną gazetą był „Kurier Ilustrowany". W kieszeni miałem też kamienie do zapalniczki i sacharynę w takich małych pudełeczkach. Przywoził mi to taki handlarz z Tarnowa. 

Getto 

Wyszło kiedyś zarządzenie, że mamy się wyprowadzić z naszego domu przy ulicy Ogrodowej do takich drewnianych domków za domem kultury. Mieszkaliśmy tam jakieś pół roku. Cała południowa część Sędziszowa aż po klasztor oo. Kapucynów została wysiedlona i odgrodzona takimi płotkami odśniegowymi. Żydzi coś przeczuwali, byli smutni, oddawali kosztowności na przechowanie. Spodziewali się, że zostaną wywiezieni, albo coś innego z nimi zrobią. Liczyli, że jeśli uda się przeżyć, to odbiorą te rzeczy. Do mojego ojca przyszła raz żydówka, która chciała oddać na przechowanie 4 worki cennych futer z norek i innych. Niemcy wcześniej ogłosili, że nie wolno nic od żydów przyjmować, więc ojciec się bał, że nas rozstrzelają i nie przyjął. Pewnego dnia, chyba w czasie kolacji, nagle słyszymy krzyk, łomot, jakieś rozbijanie - okazało się, że to Niemcy wtedy wyganiali żydów do getta. Główny sztab getta był w obecnym budynku ZSZ. 

Któregoś dnia nieroztropnie znalazłem się na terenie getta. Myśmy nie mieli studni, a studnia miejska była na terenie zajętym na getto. Wybrałem się tam raz po wodę, bo ci co mieli studnie, nie chcieli dać wody, z obawy, że im studnia wyschnie. Ówczesny Komendant Policji granatowej nazywał się Zelik. Przed domem pani Platowej była wystawiona ławka, na której on często przesiadywał. Był gruby, czapkę miał opuszczoną na oczy i drzemał. Nabrałem wody w studni i ruszyłem do domu. Doszedłem do tych płotków przy głównej ulicy, chciałem przejść przez dziurę i wrócić do domu. Nagle Niemiec z karabinem złapał mnie za kołnierz. Zaprowadził mnie do budynku kierownictwa getta i mówi: Juden! Juden! Psia krew Juden! Dostałem kolbą po plecach. 

Tam mnie Niemcy legitymowali. Przesłuchiwali mnie po niemiecku: co ja tam robiłem, po co to wiaderko... Co ja tam umiałem parę słów po niemiecku, to im odpowiadałem. Niemiec, który mnie przyprowadził wrócił przed budynek, a ten Zelik tłumaczył mu, że jestem Polakiem. Niemiec zapytał, czy mój ojciec umie po niemiecku. Mój tata na szczęście umiał mówić po niemiecku, więc Niemiec powiedział, żeby mój tato przyszedł, pokazał ausweis, wytłumaczył wszystko, to może mnie wypuszczą. Więc ten Zelik od razu poleciał po ojca i razem przyszli. W końcu jeden z tych Niemców w komendzie getta kopnął mnie w tyłek, a ja wyleciałem przez drzwi na twarz. 

Gdy ojciec przyniósł dokumenty, Niemiec wziął je i wszedł do budynku, a mi kazał czekać na ulicy. W końcu, po sprawdzeniu dokumentów ojca mnie wypuścili. Wyszedłem z getta przez tę dziurę w płotkach. 

Ja byłem gówniarzem, to się potem z tego śmiałem, a to była poważna sprawa, bo niewiele brakowało, a poszedłbym do wapna razem z żydami. 

Holokaust 

To było lato, zboża już były wysokie. Miałem kolegę Zdzicha Worka z którym siedziałem w jednej ławce w szkole. Przed ratuszem, tu gdzie teraz jest ten obelisk, Niemcy ustawili słup, na którym były głośniki na cztery strony świata. Przez te głośniki Niemcy czytali rozmaite zarządzenia. Dzień, czy dwa wcześniej Niemcy ogłosili, że będzie egzekucja żydów. Zdzichu mówił, że egzekucja będzie na kirkucie, bo wcześniej Niemcy kazali tam wykopać bodajże trzy doły i zgasili wapno w tych dołach. Te doły wykopała drużyna junaków. Byli to Polacy, chłopaki z różnych wiosek, różnych stron. Mieli czarne mundury i czarne furażerki. Oni mieszkali w barakach koło zakładów drzewnych, nad rzeką. Niemcy codziennie ich gonili do roboty. Jak tylko wstali, umyli się, brali taczki, łopaty i szli pracować. Mówiło się o nich ,,Junaczki do taczki". 

Zdzichu Worek mieszkał na południe od cmentarza żydowskiego, na górce - tam było ze trzy domy. Jego ojciec był listonoszem. Zdzichu miał starszego brata Staszka. Ulokowaliśmy się na strychu ich domu, wzięliśmy takie kołki, który- mi podnieśliśmy dachówki od strony cmentarza, położyliśmy się na deskach i przez szczeliny w dachu patrzyliśmy. Polakom nie wolno było wtedy wychodzić z domu, bo Niemcy ogłosili: „Kula w łeb!". W każdym domu musiały być takie rolety, zrobione z czarnego papieru, które się podciągało i opuszczało. Niemcy kazali je opuścić w dniu egzekucji. Nie wolno było wychodzić z domu. 

Furmankami od strony Ropczyc i Wielopola Niemcy wieźli ciała żydów. Niektórzy byli jeszcze żywi, ruszali się, jęczeli. Z tych wozów spływała krew. Cała ulica od strony Ropczyc była czerwona od krwi. 

Egzekucja trwała tak ze dwie godziny około południa. 

Na cmentarzu żydzi byli ustawieni w dwóch szeregach: w jednym kobiety, w drugim mężczyźni. Na ziemi rozpostarte były pałatki przeciwdeszczowe. Żydzi musieli rozebrać się do naga, a na tych pałatkach złożyć wszystkie cenne rzeczy: pierścionki, łańcuszki, kolczyki, obrączki – złote na jednej kupce, a srebrne na drugiej. 

Potem podchodzili pojedynczo nad brzeg dołu. Po obu stronach stało dwóch Niemców. Jeden strzelał w tył głowy, a drugi w tym czasie ładował pistolet i kopał nogą ciało, żeby zepchnąć je do dołu. Początkowo żydzi byli potulni, pogodzeni z losem, ale potem niektórzy odważniejsi rzucali się na tych Niemców. Stały siły porządkowe, które nahajem z powrotem wpychały takiego do kolejki. Niektórzy żydzi ginęli od razu, od jednego strzału, ale inni byli tylko zranieni i żyli, kiedy ich wrzucano do tego dołu. Tam w tym wapnie oni się spalili. Myśmy na to patrzyli. Nikt nie widział, tylko Zdzichu i ja. Byli na tym cmentarzu też Polacy, którym Niemcy kazali ładować ubrania do wielkich worów i gdzieś je zabierać. Jeden z tych robotników razem z tymi ubraniami ukradł trochę tego złota i ukrył w zbożu. Niemcy jak się dowiedzieli, jak go dopadli... 

Przy tym porządkowaniu pracował mój tato. Furmanki, które przywoziły żydów na cmentarz jechały ulicą do apteki, potem w stronę cmentarza i dalej do cmentarza żydowskiego. Brygada Polacy i Niemcy musieli brać ich z tych wozów za nogi i za ręce i wrzucali do tych dołów z wapnem. 

Na terenie zakładów drzewnych, w pobliżu torów kolejowych był długi drewniany barak, w którym było pełno żydów. Kiedyś nawet przyniosłem im dwie wiązki słomy, bo mnie błagali, że nie mają się na czym położyć nawet. Jak skończyła się egzekucja na cmentarzu, tośmy ze Zdzichem poszli w stronę rzeki, a potem wzdłuż niej, koło mleczarni, następnie przez szosę doszliśmy na ulicę Partyzantów. Ogrodami przeszliśmy w pobliże torów kolejowych. Przed torami było takie obniżenie terenu, gdzie zawsze stała woda. Niemcy kazali żydom cze- kać w tej wodzie na transport. Myśmy się ukryli niedaleko, w zbożu i patrzyliśmy. Niemcy bili ich nahajami gorzej jak zwierzęta. Przyjechały bydlęce wagony. Niemcy tłoczyli żydów w tych wagonach ile się tylko dało. Okienka były zakratowane drutem kolczastym, drzwi zamknięte, zaplombowane. O ile pamiętam, odjechało dwa transporty żydów. Byli to żydzi nie tylko z Sędziszowa, ale i przywiezieni z innych miejscowości. Wszystko załatwili w jednym dniu. 

Front 

Gdy zbliżał się front, schroniliśmy się w klasztorze. Front miesiąc stał pod Dębicą. Sędziszów też cierpiał, bo niejednokrotnie bomby tu spadały. Było wielu rannych. 

Rosjanie wkroczyli któregoś letniego, pięknego dnia. Ja siedziałem wtedy w piwnicy na ulicy Ogrodowej u pana Idzika. Każdy szukał dla siebie i rodziny dobrej kryjówki. Jak wyszedłem z piwnicy, pierwsze co zauważyłem: na ogro- dzie było biało. Wyglądało jakby spadł śnieg. A tymczasem jeden z pocisków trafił w dom, gdzie były jakieś pierzyny i to pierze latało na wietrze. 

Parę dni wcześniej poszedłem do jajarni po jaja. Wszyscy tam szli, bo nie było nic do jedzenia, wszystko nam zabrali. Tato dał mi taką konewkę i powiedział: żeby Bóg dał, żebyś całą konewkę jajek przyniósł. A była tak śliczna dziew- czyna, która mieszkała w jednej z kamieniczek koło poczty. Ja ją bardzo lubiłem. Czasem prosiła, żeby jej dać gazetę. Ona także przyszła po te jajka. Nabrała do jakiegoś rondla, gdy tanką podjechali Niemcy. Także nabrali jajek - prosto do hełmu. Był wieczór, ale niebo rozświetlały jakieś race. I ten Niemiec z bliska, z całej siły uderzył ją jajkiem w oko. Zaraz zalała ją krew, oka nie mogła otworzyć. Jak to zobaczyłem, wyszedłem z tej jajarni, odstawiłem konewkę i też walnąłem Niemca jajem w oko. A miałem wtedy cel! I w nogi. Niemiec miał na ramieniu karabin, a pod pachą hełm z jajkami. Zanim karabin zdjął, to ja już byłem daleko. Uciekłem do domu. Nie wiem co się stało z moją konewką. Nie wiem co się stało z tą dziewczyną. Nigdy już jej więcej nie widziałem. Gdy opowiedziałem w domu, tato na mnie nakrzyczał: po co się mieszałeś w cudze sprawy? Żeby cię zastrzelili? Przed opuszczeniem Sędziszowa Niemcy mino- wali stację, tory kolejowe. Gdy wysadzili to w powietrze to siła była taka, że kawałki szyn razem z podkładami leciały aż w Rudki na drugim końcu miasta. Paliły się zakłady drzewne, bo Niemcy gdy uciekali to wszystko podpalali. Za chwilę ogromny huk! Wysadzili w powietrze most. Potem jechały szosą dwa czołgi. Jeden nie zauważył że nie ma mostu i wpadł do rzeki, drugi skręcił w ulicę Partyzantów i uderzył w płot. 

Rosjanie to byli ludzie różnych narodowości, brudni, zawszeni, lubili pić. Był taki mój kolega Staszek Bąkowski, który później był kapitanem marynarki. On mieszkał na ulicy Kościuszki. Jednego dnia namówił mnie, żebyśmy poszli do jego domu rodzinnego, bo jego mama upiekła takie dobre bułki, to będziemy mieli co jeść. Ja się bałem, że mogą nas gdzieś na ulicy zastrzelić, ale poszliśmy. Przechodziliśmy koło apteki (dzisiaj apteka Szymańskich) zobaczyliśmy rozbite drzwi, porozbijane słoiki z maściami, a na schodach siedzieli ruscy żołnierze i pili samogon. Nie mieli zakąski. Gdy wracaliśmy z bułkami, zatrzymali nas: Charoszije malcziki! Jeden z nich odchylił kurtkę, a pod spodem miał masę zegarków! Ruscy jak szli, to rabowali. Wszystkie te zegarki były kradzione. A ciekawe, że wtedy byli handlarze, którzy sprzedawali zegarki na wagę! I ci ruscy chcieli dać nam zegarki za te bułeczki. Staszek się zgodził. Mówi: weźmy te zegarki za bułki, a potem wrócimy się do mamy, bo jeszcze ma dużo tych bułeczek, tylko wtedy nie będziemy nieśli na wierzchu, ale ukryjemy w torbie. 

Oczywiście przed panią Bąkowską pochwaliliśmy się tymi zegarkami. A ona na to: - A skąd to macie pierony? Ukradliście? - Nie! Ruscy nam dali za te bułeczki. -O wy złodzieje! Przecież to wszystko kradzione! Ale dała nam jeszcze bułek. Gdy wracaliśmy ruscy leżeli zatruci na schodach apteki. Okazało się, że rozkroili sobie te bułki i posmarowali je tymi maściami z apteki i tym zakąszali. Tym się zatruli. Korciło nas, żeby wziąć sobie jeszcze po zegarku od tego żołnierza, ale nie chcieliśmy być posądzeni o kradzież. Nie wzięliśmy. Na ulicach, na polach pełno było porzuconej broni: karabinów, pistoletów, granatów. Kiedyś nazbieraliśmy granatów, bośmy się dowiedzieli, że można nimi ogłuszyć ryby. Poszliśmy do Rudek i rzucaliśmy te granaty do wody. One gdy wybuchały, powodowały słupy wody do góry. A potem rzeczywiście mogliśmy sobie powybierać ryby. 

Pierwsze lata powojenne 

Po wojnie była straszna bieda. Nie było wiadomo jakimi pieniędzmi płacić. Powolutku ktoś hodował sobie jakąś świnkę, zabił, potem mięso i wyroby sprzedawał na ulicy. Pierwsza po wojnie wyroby sprzedawali: pani Błaszcza- kowa, państwo Cyroniowie, pani Machowska. Sprzedawali kiełbasy, pasztetową, boczek, szynkę, biały chleb, w tym miejscu, gdzie dziś są butiki naprzeciwko restauracji „Dwójki”. Mój tato zajmował się masarstwem. Ja nie chodziłem do szkoły, tylko po domach sprzedawałem wyroby. Dlatego dwa lata w szkole podstawowej repetowałem. Sprzedawałem też rannym żołnierzom, których transporty przejeżdżały przez Sędziszów. Oni mieli mnóstwo pieniędzy w rozmaitej walucie. Trzeba było uważać, żeby nie zostać oszukanym. Mama to nieraz płakała, co ze mnie wyrośnie, bo się nie uczę, ale takie były czasy, trzeba było z czegoś żyć. 

Plastyk 

Do ,,Plastyka" poszedłem gdzieś chyba w 1949 roku. Tato mnie pytał, do jakiej szkoły chcę chodzić. Chciałem do plastycznej, bo lubiłem rysować, tato chciał, żebym poszedł do ogólnej, bo twierdził, że z ogólniaka prędzej dostanę się na studia. Pamiętam kilku kolegów ze starszych roczników: Szaraniec, Jagodziński - myśmy z nich brali przykład. Pamiętam z „Plastyka" wspaniałych nauczycieli. Pierwsi, którzy mnie zafascynowali to byli panowie Bolesław i Mieczysław Kłaczyńscy. Lubiłem ich obydwóch. Dyrektorem był pan Bulfan. Miał przecudowną żonę, także nauczycielkę, o wspaniałym sercu - uczyła mnie biologii. Później przyszedł z Krakowa profesor Panek - uczył malarstwa i rysunku. Profesor Panek bardzo lubił mnie i Staszka Wiśniewskiego (później był rektorem ASP w Krakowie). 

Był pan Robak, instruktor na warsztatach, pani Szczęsna, pani Niemirska, pani Czechowska, pan Czechowski, pani Jordan uczyła dziewczęta haftu i koronki. Pamiętam wspaniałe zabawy, jakie szkoła urządzała w sali „Jedność". Robili- śmy ogromne maski z papieru. Pamiętam, jak finał tych masek był w Wojewódzkim Domu Kultury w Rzeszowie, gdzie śpiewaliśmy: „Dopóki Wisła wody do Gdańska będzie słać, dopóty polskie grody nad Wisła będą stać". Bardzo się te nasze maski podobały i takie ogromne kukły. Były organizowane wspaniałe wystawy malarstwa. Bardzo lubiłem malarstwo. Gdyby mi tak dać stos książek o malarstwie, to bym nie spał tylko czytał... 

Wysłuchała Wioletta Czapka 

 

Brak komentarzy: