Wspomnienia Stanisława Kaczorowskiego opublikowane w Biuletynie Sędziszowskim nr 8 z 2019 roku
Wspomnienia Stanisława Kaczorowskiego
Pierwsze projekcje filmowe w Sędziszowie Mlp.
Pierwszy film w Sędziszowie został wyświetlony
w klasztorze, w czasie frontu. Wchodziło
się na podwórko klasztorne, w budynku z prawej strony była taka duża
sala, w której bracia przygotowywali noclegi dla przyjezdnych. W czasie działań wojennych w piwnicach klasztornych schronił się, chyba
prawie cały Sędziszow. Ja też
tam bylem. Któregoś dnia przyjechały samochody z ,,Ruskimi': którzy ogłosili, że będzie wyświetlany film.
Nie
pamiętam tytułu, ale był to film o tematyce wojennej . Taki typowy dla żołnierzy na froncie, żeby ich podtrzymać na duchu. Wyświetlili go właśnie w tej dużej Sali. Pózniej w Sędziszowie powojennym pierwszy film wyświetlany był na Rynku od strony poczty. Ekran był na ścianie ratusza. Przyszedł chyba cały Sędziszow. Wyświetlany był wieczorem. To był film o odbudowie Warszawy.
Był też taki barak tuż przed wiaduktem kolejowym
przy ulicy
Kolbuszowskiej, gdzie filmy wyświetlało kino objazdowe.
Ja gdy chciałem
obejrzeć film, to umawialiśmy się w kilku i szliśmy
na piechotę do kina do Ropczyc,
bo tam kino powstało wcześniej niż w Sędziszowie.
Jak zostałem kinooperatorem
Pod koniec lat
pięćdziesiątych w Sędziszowie Młp. miał być otwarty
dom kultury. Ja pracowałem wtedy w rzeźni w
Dębicy, wcześniej pracowałem w ,,Filtrach''. Pomyślałem sobie, że zrezygnuję z tej rzeźni. Nigdy nie miałem do tego zamiłowania. Znałem tu kolegów, którzy
udzielali się na samym początku działalności domu kultury, z Władkiem Witem tośmy nawet maturę razem zdawali, z Luckiem Kanią znaliśmy się po linii „plastycznej”.
Wtedy
były inne czasy niż dzisiaj, życie płynęło wesoło - nie to co teraz, gdy ,,młodzi" dopuszczają się rozbojów i różnych
niegodziwych wyczynów. My wieczory spędzaliśmy trochę inaczej.
Więcej było placówek kulturalnych
klubów, kwitły kluby sportowe, mieliśmy
tu nawet sekcję bokserską..
Poszedłem na kurs do Rzeszowa. Był to kurs
niższej kategorii na wąską
taśmą. Kurs ukończyłem i zacząłem pracować w kinie. Żeby zrobić kurs kinooperatorski, trzeba było mieć szczęście i wkuwać,
wkuwać i jeszcze raz wkuwać.
Na II kategorię, byłem dwa razy we Wrocławiu po trzy miesiące, na szeroką
taśmę; można było robić kurs po czterech latach praktyki.
A ,,jedynkę," po
ośmiu latach. Odsiew
był taki, że z pięćdziesięciu osób, egzamin
złożyło 15, może 20 osób - nie więcej. Reszta szła do poprawki. A teraz w ciągu tygodnia można zrobić
,,jedynkę,''.
Filmy wyświetlane były początkowo w holu,
tam gdzie teraz organizowane są wystawy,
a potem szykowaliśmy tę dużą
salę a zwłaszcza kabinę. Warunki mieliśmy
trudne: tu leżały jeszcze
jakieś pustaki, tam kupka gruzu - jak to po
budowie.
Kiedyś obowiązywały bardzo surowe przepisy
bhp w kinach, a zwłaszcza w kabinach - ze względu na zagrożenie pożarowe, nie wolno było tam przebywać
osobom postronnym. Nawet sprzątaczek nie wolno było wpuścić,
więc musieliśmy sprzątać sami.
W kinie pracowało
nas dosyć dużo: był kierownik, dwie bileterki i nas trzech
w kabinie. Zawsze jeden z nas jeździł w delegacje. Jeździliśmy po wioskach i wioseczkach, wozem konnym z
aparaturą i
w tych wioskach też graliśmy filmy. Pamiętam,
że jak byłem w Kochanówce,
to obsługiwaliśmy też m.in.:-Pustków, Zawadę, Bliznę.
W delegacji można było zarobić nawet drugie
tyle, co zwykle, ale to była poniewierka..
Pierwszy film panoramiczny
Pierwszy film panoramiczny - to była sensacja w Sędziszowie - to był ,,Ogniomistrz Kaleń” czarno-biały z Wiesławem Gołasem w roli głównej.
Nie
było ekranu, więc rury nosiliśmy na
plecach od pana Pasternaka, żeby jakoś sklecić ekran i zacząć wyświetlać. Zrobiliśmy ramy
ekranu, ale nie mieliśmy
płótna. Kupiliśmy więc kilka prześcieradeł:
i pani Chmielowa
-uszyła nam ten ekran. Naciągnęliśmy go na te ramy i po południu można było
wyświetlać, bo film był już zaafiszowany. Mieliśmy
więc wszystko poza filmem.
Filmy wówczas dowożone były koleją. Dzwonimy na stację - przychodzi pociąg i mamy ten film. Trzeba po niego pójść czy pojechać. Nie było aut, nie mieliśmy wózka, więc mówię, że ja pójdą. Młodym chłopakiem bylem
wtedy, takim ,,z biglem”; więc myślę, że wezmę tę skrzynię z filmem na plecy i przyniosę,. Żeby sobie skrócić drogę poszedłem brzegiem rzeki, wyszedłem koło mostu obok zakładów
(obecnie ulica Kroczki) i przez stary
stadion udałem
się na stację.
Kino
należało do Wojewódzkiego Zarządu
Kin w Rzeszowie, który zapewniał sprzęt
i filmy. Mieścił się na ulicy
3-maja, nad kinem Zorza. Magazyny były na ulicy Rejtana.
To
było duże przedsiębiorstwo, skupiało chyba z dwieście
kin w całym województwie. Wtedy
nawet i na wioskach były kina. Zarząd Kin dzierżawił od domu kultury salę, kabinę i kasę
biletową.
Dyrektorem Wojewódzkiego
Zarządu Kin w Rzeszowie był wówczas pan
Sekułowicz - bardzo
dobry człowiek. Lubił sobie wypić, więc przyjechał: do Sędziszowa i czekał: na ,,premierę”. W teczce miał butelkę wódki, dobrą kiełbasę swojską, chleb chyba od Roztoczyńskiego z Dębicy. Czekali tylko na mnie i na film.
A ja wracając tą samą drogą wpadłem z tym
filmem do rzeki. Urwał się brzeg pode mną,
wpadłem do wody, a żeby nie zamoczyć filmu, bardziej ratowałem
tę skrzynkę niż siebie. Oni już mnie wyglądali przez
okienko w drzwiach. Dyrektor poprosił, żebym
usiadł, coś przekąsił,
ja mówię:
-
Widzę że i coś ostrego jest panie
dyrektorze.
-
Co się pan martwi, niech pan siada.
Na rozruchu kina zawsze
musiał być jakiś dobry fachowiec,
z wysoką kategorią uprawnienia. Ja miałem ,,trójkę'' na taśmę wąską, a tu
trzeba było mieć ,,jedynkę”; więc wzięliśmy
pana Nycza z Iwonicza-Zdroju. On założył film na aparat
i czekaliśmy. Ludzi było masa! Nie to
co teraz.
To był złoty wiek kina. Zabrakło biletów,
ludzie prosili o miejsca stojące w
przejściach.
Dyrektor wyraził zgodę i
sala była przeładowana. Zaczęliśmy grać. Ekran
szeroki to była nowość, sensacja w Sędziszowie. Szczęśliwie ten film zgraliśmy, więc dyrektor ponalewał
takie duże kielichy tej wódki i pijemy do siebie ,,na
zdrowie" i za pomyślność kina.
To był dzień
nader uroczysty. Popiliśmy trochę z
tym dyrektorem, zaszumiało
w głowach, potem odprowadzaliśmy go do pociągu, bo nikt po niego nie przyjechał. I taki
był początek…Ponad 6 tysięcy filmów. Po „Ogniomistrzu Kaleniu" musieliśmy
wybrać kolejny film.
Był taki film, bodajże francuskiej produkcji pt.
„Miałem siedem córek". Główną rolę grał Maurice Chevalier. On pięknie
śpiewał i w tym filmie właśnie grał ojca siedmiu córek. Był to taki musical.
Ten film był bardzo rozchwytywany. Inny film, polski, nosił tytuł „Zadzwońcie
do mojej żony”, a trzeci to był film rosyjski, ale bardzo dobry, o
Szeherezadzie. Musieliśmy wybrać z tych trzech filmów jeden. Wybraliśmy
„Zadzwońcie do mojej żony", a jako drugi ten francuski, który był
wyświetlany w innym kinie.
To były czasy takie, że ludzie byli bardzo ciekawi,
jak wyglądają te aparaty, cisnęli się do kabiny, jak to się wyświetla - nas to
trochę denerwowało, bo film trzeba było najpierw przyszykować, a to trwało
czasem nawet i pół dnia, bo nam, jako początkującemu kinu dawano stare kopie,
porwane, które trzeba było sklejać. Był to chyba wrzesień, albo październik,
myśmy nie mieli wtedy jeszcze wentylacji, podczas świecenia lamp łukowych,
używanych do projekcji wydzielały się tlenki azotu, związki fluorowe, inne trujące
substancje. Trzeba było zbudować rury, przez które te opary mogłyby ulatywać,
bo gdy graliśmy ,,Ogniomistrza Kalenia" tośmy się podtruli.
Był taki blacharz w Sędziszowie, pan Fryc. Mieszkał na
rogu ul. Kolejowej i obecnej ul. Armii Krajowej. Poszedłem do niego, akurat nie
było go w domu, bowiem pracował na dworku u Ptasznika. Znalazłem go tam,
pozbieraliśmy narzędzia, kawałki blachy i poszliśmy robić te wyciągi.
Zrobiliśmy te rury chyba 10 minut przed seansem. Zagraliśmy ten film polski,
potem ten francuski i rosyjski... Następnych tytułów nie pamiętam, ale mam je
wszystkie zapisane w książce. W sumie od początku zostało wyświetlonych ponad 6
tysięcy filmów fabularnych, nie licząc niedzielnych poranków, kronik,
zwiastunów i innych.
Niedługo potem graliśmy „Krzyżaków". To był film
w technikolorze. Nie było samochodów, jak teraz, tylko furmankami ludzie z
wiosek przyjeżdżali. Tych koni i furmanek wokół budynku stało tyle, że nie
można było przejść. A graliśmy codziennie, od rana do wieczora i to przez cały
miesiąc. Dla nas, pracowników kina i w ogóle domu kultury, najtrudniejszym
dniem zawsze była niedziela. Tłumy były takie, że drzwi z futrynami nieraz
wywalali. Na pieniądze mieliśmy taką pałatkę wielkości dywanu, którą kładliśmy
na podłodze, a potem braliśmy za rogi i związywali. Po seansach liczyliśmy tę
furę pieniędzy.
Dużą popularnością cieszyły się tzw. filmy giganty,
składające się z kilku serii, filmy historyczne, furorę robiły filmy
kostiumowe. Wiele z tych filmów było produkcji francuskiej, więc mówiło się
,,Francja - elegancja" - to był powiew kultury z zachodu. A na przykład
doktor Lichowski lubił włoskie filmy - prosił mnie nieraz;
- Panie Stasiu, jak będzie włoski film, przynieś mi
pan bilet, bo ja nie mam czasu.
Więc zawsze mu ten bilet przynosiłem. W modzie były
polskie komedie z Panem Anatolem no i westerny. Nigdy nie zapomnę filmu „W samo
południe", bo był tak porwany, że kleiliśmy go cały dzień i całą noc.
Była taka dziewczyna z Borku bodajże, która pracowała
w zakładach włókienniczych w Łodzi i która wyszła za mąż za bardzo dobrego
kinooperatora Ciarkowskiego. On między innymi wyświetlał w szpitalu w Łodzi
filmy specjalistyczne dla studentów medycyny. Wyświetlał na szklanym ekranie od
tyłu. To był niesamowity fachowiec, tylko, że alkoholik. Z nim właśnie
wyświetlaliśmy ten western „W samo południe". Było to latem. Przyszedł do
nas kierownik kina, który nazywał się Stanisław Kuc. On był z wykształcenia
chyba mechanikiem, ale że był partyjny, został kierownikiem kina. Przyszedł do
nas, a ten Ciarkowski miał na stole butelkę wódki, więc kierownik od razu do
sekretarza partii, a biuro partii mieściło się w domu kultury w pomieszczeniu,
gdzie dziś jest sekretariat. Ciarkowski dostał naganę i bardzo się martwił.
Mówił, że będzie zbierał podpisy na mieście, żeby go z pracy nie wyrzucili.
Potem rzeczywiście te podpisy zbieraliśmy.
Na planowanie repertuaru kierownik kina jeździł zawsze do Rzeszowa. Centrala Wynajmu Filmów była na ulicy Rejtana. To był wtedy jedyny dystrybutor. Teraz jest mnóstwo dystrybutorów, niektórzy się nawet na taśmie nie znają. Film ma 5 rolek, więc piszą mi na przykład: film ma 5 aktów. A to nie jest tak. Akt to jest do 300 metrów taśmy. W pudle jest 600 metrów taśmy, więc 2 akty. Czyli cały film, składający się z 5 rolek to jest 10 aktów, a nie 5.
Partia i cenzura
Ja nigdy partyjny nie byłem i już nie będę, sekretarz
partii, urzędujący w domu kultury, kilkakrotnie usiłował namówić mnie do
zapisania się do partii. Raz mnie woła i mówi: - Panie kolego może byście
kwestionariusz wypełnili i wstąpili do naszej partii? Wziąłem ten
kwestionariusz, bo to było już któryś raz i nie bardzo mogłem się wymigać, a
potem spaliłem go w kotłowni w piecu. Za jakiś czas mnie woła, pyta o ten
kwestionariusz, a ja mówię, że zgubiłem. Miałem z tego powodu masę
nieprzyjemności. Pytali gdzie zgubiłem, jak, może ktoś znalazł i tak dalej...
bo to był druk ścisłego zarachowania.
Było i tak, że przychodziłem do kina, biorę taśmę, a
tu podjeżdża samochód, wychodzi pani z panem, wyciągnęli legitymacje i
oznajmiają, że muszą pewien fragment taśmy usunąć. Wzięli film do przewijalni,
znaleźli odpowiedni fragment i ,,ciach" - wycięli trefny" kawałek
taśmy.
Magia kina
Kino było czynne codziennie za wyjątkiem poniedziałków
lub sobót. Po południu były zawsze dwa seanse, a do południa często
organizowano seanse dla szkół czy zakładów pracy. Dzwonił sekretarz partii do
sekretarza w zakładzie i mówił:
- Towarzyszu, jest taki i taki film, trzeba go
zobaczyć, bo on jest taki budujący itd.
- Tak jest towarzyszu, zrobi się.
To często były filmy tzw. społeczno-wychowawcze po
partyjnej linii, bo wtedy młodzież trzeba było wychowywać w duchu socjalizmu.
Bardzo dużo było w repertuarze rosyjskich filmów, niektórzy mówili, że one były
słabe, ale ja teraz bym chętnie jakiś rosyjski film obejrzał.
Był taki rok, to był rok śmierci Churchilla, była
zima, mróz był minus 35 stopni. Wybierałem się z domu do pracy, a mieszkałem
wtedy na ulicy Ogrodowej. Mama poprosiła, bym jeszcze przyniósł wody, bo nie
było jeszcze wodociągów, a po wodę szło się do studni, „magistrackiej"
przy obecnej ulicy Szkarpowej. To była wyśmienita woda, źródlana, lepsza niż
teraz ta woda mineralna, którą kupujemy w butelkach. Gdy niosłem wiaderka z
wodą, do wiaderek przymarzły mi rękawiczki. Musiałem biec do kina, więc wziąłem
inne rękawiczki. Nie było dużo ludzi, ale były takie osoby w Sędziszowie,
głównie panie, które bez względu na pogodę: deszcz, śnieg, czy mróz musiały być
w kinie. I to chodziły na każdy film. A jeszcze przyciągało ich czytanie
kroniki przez Kmiecika. To był mistrz czytania kronik. Później dobrze czytał
kroniki też Andrzej Łapicki. I te panie, gdy było zimno, z kocem, a czasem z
dwoma kocami pod pachą przychodziły do kina. To były prawdziwe kinomanki: pani
Ździebłowa, pani Pawlakowa i inne, których nazwisk już nie pamiętam. Myśmy je
bardzo szanowali. Gdy przychodziły, zawsze dostawały najlepsze miejsca. Takim
zagorzałym kinomanem był też pan Bednarczyk z ulicy Partyzantów. Żeby nie wiem
jakie mrozy, jakie deszcze, on zawsze pół godziny przed seansem już stał w drzwiach.
Bilet do kina kosztował tyle, ile kosztował dwu- kilogramowy chleb, czyli 3
złote. Ja wtedy zarabiałem do 1000 złotych. To było stosunkowo niewiele. Dobrze
zarabiało się w takich kinach jak Zorza w Rzeszowie, Bałtyk w Przemyślu,
Ballada w Stalowej Woli, Pionier w Krośnie. To były tzw. „zerówki" czyli
kina o najwyższym standardzie.
Zdarzyło się raz, to było w niedzielę, podczas
projekcji filmu „Oni ocalili Londyn": zebrało się kilku chłopaków, gdzieś
nad rzeką ułamali jakiś gruby kołek i wyłamali nim drzwi do kabiny. Ja mówię:
- Co wy robicie? To jest instytucja państwowa,
pójdziecie do więzienia.
A oni na to, że myśleli, że będą mogli z kabiny
pooglądać film, bo zabrakło miejsca na widowni.
Nieraz wpuszczałem ludzi do sali. Zdarzało się, że
umówiło się ze dwudziestu chłopaków i pchają się, żeby mnie wepchnąć do środka
i samym wejść. Ja zawsze miałem coś pod ręką na obronę i broniłem się.
Dlaczego Jedność
Na nazwę kina urządzono konkurs. Najpierw były
ogłoszenia, potem mieliśmy spotkania i ostatecznie ustalono, że kino będzie
nazywać się Jedność. Tak jak sala, w której dotąd odbywały się różne imprezy.
Sala Jedność mieściła się po drugiej stronie obecnej
Szkoły Podstawowej nr 2, prawie naprzeciwko ówczesnego „Plastyka". W
budynku obecnej szkoły była poczta, ale wejście nie było od strony Rynku, tylko
od strony ulicy, której już nie ma, a która prowadziła od Rynku w stronę rzeki.
Zaraz za pocztą były jatki żydowskie, a za jatkami była ta sala Jedność.
Sięgała w stronę ośrodka zdrowia mniej więcej tak, jak dziś jest ogrodzenie
placu szkolnego.
Wysłuchała Wioletta Czapka

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz