sobota, 4 lipca 2026

Początki sędziszowskiego kina

 Wspomnienia Stanisława Kaczorowskiego opublikowane w Biuletynie Sędziszowskim nr 8 z 2019 roku

Wspomnienia Stanisława Kaczorowskiego

 

Pierwsze projekcje filmowe w Sędziszowie Mlp.

Pierwszy film w Sędziszowie został  wyświetlony w klasztorze, w czasie frontu. Wchodziło się na podwórko klasztorne, w budynku z prawej strony była taka duża sala, w której bracia przygotowywali noclegi dla przyjezdnych. W czasie działań wojennych w piwnicach klasztornych schronił się, chyba prawie cały Sędziszow. Ja też tam bylem. Któregoś dnia przyjechały samochody z ,,Ruskimi': którzy ogłosili, że będzie wyświetlany film. Nie pamiętam tytułu, ale był to film o tematyce wojennej . Taki typowy dla żołnierzy na froncie, żeby ich podtrzymać na duchu. Wyświetlili go właśnie w tej dużej Sali. Pózniej w Sędziszowie powojennym pierwszy film wyświetlany był na Rynku od strony poczty. Ekran był na ścianie ratusza. Przyszedł chyba cały Sędziszow. Wyświetlany był wieczorem. To był film o odbudowie Warszawy.

Był też taki barak tuż przed wiaduktem kolejowym przy ulicy Kolbuszowskiej, gdzie filmy wyświetlało kino objazdowe.

Ja gdy chciałem obejrzeć film, to umawialiśmy się w kilku i szliśmy na piechotę do kina do Ropczyc, bo tam kino powstało wcześniej niż w Sędziszowie.

Jak zostałem kinooperatorem

 

Pod koniec lat pięćdziesiątych w Sędziszowie Młp. miał być otwarty dom kultury. Ja pracowałem wtedy w rzeźni w Dębicy, wcześniej pracowałem w ,,Filtrach''. Pomyślałem sobie, że zrezygnuję z tej rzeźni. Nigdy nie miałem do tego zamiłowania. Znałem tu kolegów, którzy udzielali się na samym początku działalności domu kultury, z Władkiem Witem tośmy nawet maturę razem zdawali, z Luckiem Kanią znaliśmy się po liniiplastycznej”.

Wtedy były inne czasy niż dzisiaj, życie płynęło wesoło - nie to co teraz, gdy ,,młodzi" dopuszczają się rozbojów i różnych niegodziwych wyczynów. My wieczory spędzaliśmy trochę inaczej. Więcej było placówek kulturalnych

klubów, kwitły kluby sportowe, mieliśmy tu nawet sekcję bokserską..

           Poszedłem na kurs do Rzeszowa. Był to kurs niższej kategorii na wąską taśmą. Kurs ukończyłem i zacząłem pracować w kinie. Żeby zrobić kurs kinooperatorski, trzeba było mieć szczęście i wkuwać, wkuwać i jeszcze raz wkuwać. Na II kategorię, byłem dwa razy we Wrocławiu po trzy miesiące, na szeroką taśmę; można było robić kurs po czterech latach praktyki. A ,,jedynkę," po ośmiu latach. Odsiew był taki, że z pięćdziesięciu osób, egzamin złożyło 15, może 20 osób - nie więcej. Reszta szła do poprawki. A teraz w ciągu tygodnia można zrobić ,,jedynkę,''.

Filmy wyświetlane były początkowo w holu, tam gdzie teraz organizowane wystawy, a potem szykowaliśmy tę dużą salę a zwłaszcza kabinę. Warunki mieliśmy trudne: tu leżały jeszcze jakieś pustaki, tam kupka gruzu - jak to po budowie.

           Kiedyś obowiązywały bardzo surowe przepisy bhp w kinach, a zwłaszcza w kabinach - ze względu na zagrożenie pożarowe, nie wolno było tam przebywać osobom postronnym. Nawet sprzątaczek nie wolno było wpuścić, więc musieliśmy sprzątać sami.

          W kinie pracowało nas dosyć dużo: był kierownik, dwie bileterki i nas trzech w kabinie. Zawsze jeden z nas jeździł w delegacje. Jeździliśmy po wioskach i wioseczkach, wozem konnym z aparaturą i w tych wioskach też graliśmy filmy. Pamiętam, że jak byłem w Kochanówce, to obsługiwaliśmy też m.in.:-Pustków, Zawadę, Bliznę.

W delegacji można było zarobić nawet drugie tyle, co zwykle, ale to była poniewierka..

 

Pierwszy film panoramiczny

Pierwszy film panoramiczny - to była sensacja w Sędziszowie - to był ,,Ogniomistrz Kaleń” czarno-biały z Wiesławem Gołasem w roli głównej.

Nie było ekranu, więc rury nosiliśmy na plecach od pana Pasternaka, żeby jakoś sklecić ekran i zacząć wyświetlać. Zrobiliśmy ramy ekranu, ale nie mieliśmy płótna. Kupiliśmy więc kilka prześcieradeł: i pani Chmielowa -uszyła nam ten ekran. Naciągnęliśmy go na te ramy i po południu można było wyświetlać, bo film był już zaafiszowany. Mieliśmy więc wszystko poza filmem. Filmy wówczas dowożone były koleją. Dzwonimy na stację - przychodzi pociąg i mamy ten film. Trzeba po niego pójść czy pojechać. Nie było aut, nie mieliśmy wózka, więc mówię, że ja pójdą. Młodym chłopakiem bylem wtedy, takim ,,z biglem”; więc myślę, że wezmę skrzynię z filmem na plecy i przyniosę,. Żeby sobie skrócić drogę poszedłem brzegiem rzeki, wyszedłem koło mostu obok zakładów (obecnie ulica Kroczki) i przez stary stadion udałem się na stację.

Kino należało do Wojewódzkiego Zarządu Kin w Rzeszowie, który zapewniał sprzęt i filmy. Mieścił się na ulicy 3-maja, nad kinem Zorza. Magazyny były na ulicy Rejtana.

To było duże przedsiębiorstwo, skupiało chyba z dwieście kin w całym województwie. Wtedy nawet i na wioskach były kina. Zarząd Kin dzierżawił od domu kultury salę, kabinę i kasę biletową.

Dyrektorem Wojewódzkiego Zarządu Kin w Rzeszowie był wówczas pan Sekułowicz - bardzo dobry człowiek. Lubił sobie wypić, więc przyjechał: do Sędziszowa i czekał: na ,,premierę”. W teczce miał butelkę wódki, dobrą kiełbasę swojską, chleb chyba od Roztoczyńskiego z Dębicy. Czekali tylko na mnie i na film. A ja wracając tą samą drogą wpadłem z tym filmem do rzeki. Urwał się brzeg pode mną, wpadłem do wody, a żeby nie zamoczyć filmu, bardziej ratowałem skrzynkę niż siebie. Oni już mnie wyglądali przez okienko w drzwiach. Dyrektor poprosił, żebym usiadł, coś przekąsił, ja mówię:

 

-                      Widzę że i coś ostrego jest panie dyrektorze.

-                      Co się pan martwi, niech pan siada.

Na rozruchu kina zawsze musiał być jakiś dobry fachowiec, z wysoką kategorią uprawnienia. Ja miałem ,,trójkę'' na taśmę wąską, a tu trzeba było mieć ,,jedynkę”; więc wzięliśmy pana Nycza z Iwonicza-Zdroju. On założył film na aparat i czekaliśmy. Ludzi było masa! Nie to co teraz. To był złoty wiek kina. Zabrakło biletów, ludzie prosili o miejsca stojące w przejściach. Dyrektor wyraził zgodę i sala była przeładowana. Zaczęliśmy grać. Ekran szeroki to była nowość, sensacja w Sędziszowie. Szczęśliwie ten film zgraliśmy, więc dyrektor ponalewał takie duże kielichy tej wódki i pijemy do siebie ,,na zdrowie" i za pomyślność kina.

To był dzień nader uroczysty. Popiliśmy trochę z tym dyrektorem, zaszumiało w głowach, potem odprowadzaliśmy go do pociągu, bo nikt po niego nie przyjechał. I taki był początekPonad 6 tysięcy filmów. Po Ogniomistrzu Kaleniu" musieliśmy wybrać kolejny film.

Był taki film, bodajże francuskiej produkcji pt. „Miałem siedem córek". Główną rolę grał Maurice Chevalier. On pięknie śpiewał i w tym filmie właśnie grał ojca siedmiu córek. Był to taki musical. Ten film był bardzo rozchwytywany. Inny film, polski, nosił tytuł „Zadzwońcie do mojej żony”, a trzeci to był film rosyjski, ale bardzo dobry, o Szeherezadzie. Musieliśmy wybrać z tych trzech filmów jeden. Wybraliśmy „Zadzwońcie do mojej żony", a jako drugi ten francuski, który był wyświetlany w innym kinie.

To były czasy takie, że ludzie byli bardzo ciekawi, jak wyglądają te aparaty, cisnęli się do kabiny, jak to się wyświetla - nas to trochę denerwowało, bo film trzeba było najpierw przyszykować, a to trwało czasem nawet i pół dnia, bo nam, jako początkującemu kinu dawano stare kopie, porwane, które trzeba było sklejać. Był to chyba wrzesień, albo październik, myśmy nie mieli wtedy jeszcze wentylacji, podczas świecenia lamp łukowych, używanych do projekcji wydzielały się tlenki azotu, związki fluorowe, inne trujące substancje. Trzeba było zbudować rury, przez które te opary mogłyby ulatywać, bo gdy graliśmy ,,Ogniomistrza Kalenia" tośmy się podtruli.

Był taki blacharz w Sędziszowie, pan Fryc. Mieszkał na rogu ul. Kolejowej i obecnej ul. Armii Krajowej. Poszedłem do niego, akurat nie było go w domu, bowiem pracował na dworku u Ptasznika. Znalazłem go tam, pozbieraliśmy narzędzia, kawałki blachy i poszliśmy robić te wyciągi. Zrobiliśmy te rury chyba 10 minut przed seansem. Zagraliśmy ten film polski, potem ten francuski i rosyjski... Następnych tytułów nie pamiętam, ale mam je wszystkie zapisane w książce. W sumie od początku zostało wyświetlonych ponad 6 tysięcy filmów fabularnych, nie licząc niedzielnych poranków, kronik, zwiastunów i innych.

Niedługo potem graliśmy „Krzyżaków". To był film w technikolorze. Nie było samochodów, jak teraz, tylko furmankami ludzie z wiosek przyjeżdżali. Tych koni i furmanek wokół budynku stało tyle, że nie można było przejść. A graliśmy codziennie, od rana do wieczora i to przez cały miesiąc. Dla nas, pracowników kina i w ogóle domu kultury, najtrudniejszym dniem zawsze była niedziela. Tłumy były takie, że drzwi z futrynami nieraz wywalali. Na pieniądze mieliśmy taką pałatkę wielkości dywanu, którą kładliśmy na podłodze, a potem braliśmy za rogi i związywali. Po seansach liczyliśmy tę furę pieniędzy.

Dużą popularnością cieszyły się tzw. filmy giganty, składające się z kilku serii, filmy historyczne, furorę robiły filmy kostiumowe. Wiele z tych filmów było produkcji francuskiej, więc mówiło się ,,Francja - elegancja" - to był powiew kultury z zachodu. A na przykład doktor Lichowski lubił włoskie filmy - prosił mnie nieraz;

- Panie Stasiu, jak będzie włoski film, przynieś mi pan bilet, bo ja nie mam czasu.

Więc zawsze mu ten bilet przynosiłem. W modzie były polskie komedie z Panem Anatolem no i westerny. Nigdy nie zapomnę filmu „W samo południe", bo był tak porwany, że kleiliśmy go cały dzień i całą noc.

Była taka dziewczyna z Borku bodajże, która pracowała w zakładach włókienniczych w Łodzi i która wyszła za mąż za bardzo dobrego kinooperatora Ciarkowskiego. On między innymi wyświetlał w szpitalu w Łodzi filmy specjalistyczne dla studentów medycyny. Wyświetlał na szklanym ekranie od tyłu. To był niesamowity fachowiec, tylko, że alkoholik. Z nim właśnie wyświetlaliśmy ten western „W samo południe". Było to latem. Przyszedł do nas kierownik kina, który nazywał się Stanisław Kuc. On był z wykształcenia chyba mechanikiem, ale że był partyjny, został kierownikiem kina. Przyszedł do nas, a ten Ciarkowski miał na stole butelkę wódki, więc kierownik od razu do sekretarza partii, a biuro partii mieściło się w domu kultury w pomieszczeniu, gdzie dziś jest sekretariat. Ciarkowski dostał naganę i bardzo się martwił. Mówił, że będzie zbierał podpisy na mieście, żeby go z pracy nie wyrzucili. Potem rzeczywiście te podpisy zbieraliśmy.

Na planowanie repertuaru kierownik kina jeździł zawsze do Rzeszowa. Centrala Wynajmu Filmów była na ulicy Rejtana. To był wtedy jedyny dystrybutor. Teraz jest mnóstwo dystrybutorów, niektórzy się nawet na taśmie nie znają. Film ma 5 rolek, więc piszą mi na przykład: film ma 5 aktów. A to nie jest tak. Akt to jest do 300 metrów taśmy. W pudle jest 600 metrów taśmy, więc 2 akty. Czyli cały film, składający się z 5 rolek to jest 10 aktów, a nie 5.

Partia i cenzura

Ja nigdy partyjny nie byłem i już nie będę, sekretarz partii, urzędujący w domu kultury, kilkakrotnie usiłował namówić mnie do zapisania się do partii. Raz mnie woła i mówi: - Panie kolego może byście kwestionariusz wypełnili i wstąpili do naszej partii? Wziąłem ten kwestionariusz, bo to było już któryś raz i nie bardzo mogłem się wymigać, a potem spaliłem go w kotłowni w piecu. Za jakiś czas mnie woła, pyta o ten kwestionariusz, a ja mówię, że zgubiłem. Miałem z tego powodu masę nieprzyjemności. Pytali gdzie zgubiłem, jak, może ktoś znalazł i tak dalej... bo to był druk ścisłego zarachowania.

Było i tak, że przychodziłem do kina, biorę taśmę, a tu podjeżdża samochód, wychodzi pani z panem, wyciągnęli legitymacje i oznajmiają, że muszą pewien fragment taśmy usunąć. Wzięli film do przewijalni, znaleźli odpowiedni fragment i ,,ciach" - wycięli trefny" kawałek taśmy.

Magia kina

Kino było czynne codziennie za wyjątkiem poniedziałków lub sobót. Po południu były zawsze dwa seanse, a do południa często organizowano seanse dla szkół czy zakładów pracy. Dzwonił sekretarz partii do sekretarza w zakładzie i mówił:

- Towarzyszu, jest taki i taki film, trzeba go zobaczyć, bo on jest taki budujący itd.

- Tak jest towarzyszu, zrobi się.

To często były filmy tzw. społeczno-wychowawcze po partyjnej linii, bo wtedy młodzież trzeba było wychowywać w duchu socjalizmu. Bardzo dużo było w repertuarze rosyjskich filmów, niektórzy mówili, że one były słabe, ale ja teraz bym chętnie jakiś rosyjski film obejrzał.

Był taki rok, to był rok śmierci Churchilla, była zima, mróz był minus 35 stopni. Wybierałem się z domu do pracy, a mieszkałem wtedy na ulicy Ogrodowej. Mama poprosiła, bym jeszcze przyniósł wody, bo nie było jeszcze wodociągów, a po wodę szło się do studni, „magistrackiej" przy obecnej ulicy Szkarpowej. To była wyśmienita woda, źródlana, lepsza niż teraz ta woda mineralna, którą kupujemy w butelkach. Gdy niosłem wiaderka z wodą, do wiaderek przymarzły mi rękawiczki. Musiałem biec do kina, więc wziąłem inne rękawiczki. Nie było dużo ludzi, ale były takie osoby w Sędziszowie, głównie panie, które bez względu na pogodę: deszcz, śnieg, czy mróz musiały być w kinie. I to chodziły na każdy film. A jeszcze przyciągało ich czytanie kroniki przez Kmiecika. To był mistrz czytania kronik. Później dobrze czytał kroniki też Andrzej Łapicki. I te panie, gdy było zimno, z kocem, a czasem z dwoma kocami pod pachą przychodziły do kina. To były prawdziwe kinomanki: pani Ździebłowa, pani Pawlakowa i inne, których nazwisk już nie pamiętam. Myśmy je bardzo szanowali. Gdy przychodziły, zawsze dostawały najlepsze miejsca. Takim zagorzałym kinomanem był też pan Bednarczyk z ulicy Partyzantów. Żeby nie wiem jakie mrozy, jakie deszcze, on zawsze pół godziny przed seansem już stał w drzwiach. Bilet do kina kosztował tyle, ile kosztował dwu- kilogramowy chleb, czyli 3 złote. Ja wtedy zarabiałem do 1000 złotych. To było stosunkowo niewiele. Dobrze zarabiało się w takich kinach jak Zorza w Rzeszowie, Bałtyk w Przemyślu, Ballada w Stalowej Woli, Pionier w Krośnie. To były tzw. „zerówki" czyli kina o najwyższym standardzie.

Zdarzyło się raz, to było w niedzielę, podczas projekcji filmu „Oni ocalili Londyn": zebrało się kilku chłopaków, gdzieś nad rzeką ułamali jakiś gruby kołek i wyłamali nim drzwi do kabiny. Ja mówię:

- Co wy robicie? To jest instytucja państwowa, pójdziecie do więzienia.

A oni na to, że myśleli, że będą mogli z kabiny pooglądać film, bo zabrakło miejsca na widowni.

Nieraz wpuszczałem ludzi do sali. Zdarzało się, że umówiło się ze dwudziestu chłopaków i pchają się, żeby mnie wepchnąć do środka i samym wejść. Ja zawsze miałem coś pod ręką na obronę i broniłem się.

Dlaczego Jedność

Na nazwę kina urządzono konkurs. Najpierw były ogłoszenia, potem mieliśmy spotkania i ostatecznie ustalono, że kino będzie nazywać się Jedność. Tak jak sala, w której dotąd odbywały się różne imprezy.

Sala Jedność mieściła się po drugiej stronie obecnej Szkoły Podstawowej nr 2, prawie naprzeciwko ówczesnego „Plastyka". W budynku obecnej szkoły była poczta, ale wejście nie było od strony Rynku, tylko od strony ulicy, której już nie ma, a która prowadziła od Rynku w stronę rzeki. Zaraz za pocztą były jatki żydowskie, a za jatkami była ta sala Jedność. Sięgała w stronę ośrodka zdrowia mniej więcej tak, jak dziś jest ogrodzenie placu szkolnego.

Wysłuchała Wioletta Czapka

Brak komentarzy: