czwartek, 4 września 2025

 

CO DALEJ Z PAKĄ SĘDZISZA?

RZECZ O AMBITNYM MUZYKOWANIU

 

Jest początek lat 60-tych. W Ameryce króluje rock and roll, a w Polsce dynamicznie rozwija się big bit jego polska, gitarowa odmiana. Niebiesko – Czarni, Czerwono – Czarni, wkrótce potem Czerwone Gitary to gdańskie zespoły rockowe, które swoją grą rozpalały głowy i serca ówczesnej młodzieży. Gra na elektrycznej gitarze w szkolnym lub zakładowym bigbitowym zespole to marzenie chłopców z tamtych lat. Jednak tylko nielicznym to się udaje. Na przeszkodzie stoi brak instrumentów, ich wysoka cena, a także mała liczba nauczycieli gry na gitarze. Jednak tu i ówdzie pojawiają się sprowadzane z Czechosłowacji gitary marki JOLANA. Na instrumentach tej firmy sporadycznie grali Eric Clapton, Jimi Hendrix i inni. Naprzeciw marzycielom wychodzi miesięcznik Młody Technik, który w kilku numerach publikuje instrukcje samodzielnej budowy gitary elektrycznej. I oto młody sędziszowianin Józio Biedroń, nie bez trudu, konstruuje dla siebie w pełni sprawny instrument. Jak dzisiaj wspomina: Korpus gitary wyciąłem z lipowej deski, a gryf z klonowego klocka o podłużnych słojach. Dokładnie umiejscowiłem progi na gryfie i mostek na korpusie. I gitara o ostrym, elektrycznym dźwięku stroiła doskonale. Pierwszym wzmacniaczem było analogowe radio AGA.

KORMORANY

Tymczasem w Sędziszowie, w Domu Kultury co czwartek i co sobotę tańczono zapamiętale. Grali zawodowcy po średniej szkole muzycznej: sędziszowianin Jan Cyzio – utalentowany klawiszowiec, oraz Jan Babula - trąbka, związany małżeńsko z sędziszowianką Krysią Kowalską. Towarzyszyli im zapraszani przez Babulę różni, profesjonalni rzeszowscy perkusiści. Babula i Cyzio grali porywająco. W snach grałem razem z nimi opowiada Biedroń – Śniłem tym mocniej, bo lekcji muzyki głównie harmonii podpartej grą na akordeonie uczył mnie Jasiu Cyzio. Pod jego okiem ćwiczyłem też, ze zrozumieniem, gitarowe chwyty i akordy. Ode mnie douczał się mój przyjaciel Kaziu Tomaszewski. Miał sprowadzoną z Czech prostą JOLANĘ. Używał jej przez długi czas. Po kilku latach współpracy - wspomina dalej Józek Biedroń

- Cyzio i Babula rozstali się. I wtedy mój mistrz Janek Cyzio zaproponował mnie i Kaziowi Tomaszewskiemu udział w tworzonym przez siebie zespole muzycznym o nazwie KORMORANY. Moje sny stały się rzeczywistością. Graliśmy muzykę rozrywkową na dancingach w Sędziszowie i Ropczycach. Wraz z nami występował wtedy perkusista Tadziu Pragłowski, a czasami, przyjeżdżając pociągiem, wspomagał nas „na skoczka” perkusista słynnego Blackotu potem Breakoutu Józef Hajdasz.

I tak oto spełniły się marzenia młodego muzyka. Rozpoczął się dla niego - pod czujnym okiem mistrza Jana Cyzia - czas doskonalenia techniki gry na gitarze, ale także nauka aranżacji utworów muzycznych i co najważniejsze udanego wokalu. Przez lata gry w różnych zespołach i  okolicznościach czysty, liryczny baryton Józefa Biedronia wzbogacał instrumentarium orkiestry i budził uznanie słuchaczy. nadszedł rok 1968. Leader sędziszowskiego środowiska


muzyków popkultury Jan Cyzio ukończył zaocznie warszawskie Konserwatorium na kierunku kompozycji i dyrygentury z fagotem, jako instrumentem obowiązkowym. Rozpoczął pracę Reprezentacyjnym Zespole Artystycznym Wojska Polskiego w Warszawie. Na zawsze pożegnał się z Sędziszowem.

 

Zespół KORMORANY

Pierwszy od lewej z gitarą elektryczną - Józef Biedroń. Pierwszy od prawej z gitarą JOLANA

- Kazimierz Tomaszewski. Drugi od prawej, kierownik zespołu - Jan Cyzio.

Wejście do Domu Kultury w Sędziszowie.

Początek lat 60-tych XX wieku.

ASTRY

Osierocone jego odejściem sędziszowskie środowisko muzyków – amatorów skrzyknęło się i założyło zespół muzyczny ASTRY. Dołączył do nich „po wojsku” Józek Biedroń, który wkrótce stał się gitarowym leaderem zespołu i jego wokalistą. Wraz z nim grali Władek Marek i Franek Skarbek - saksofony i perkusja, Stasiu Kotula – akordeon i Olek Kanach – perkusja. Zespół preferował muzykę pop, a także „dla chleba” repertuar weselno- świąteczny. Wykorzystując nauki i przykład Janka Cyzia oraz talent Józefa Biedronia wspólnie aranżowali brzmienie granych utworów oraz formę sceniczną swoich występów. ASTRY grały od końca 1968 do 1989 roku. Grały do tańca, ofiarowując społeczności miasta ponad 20 lat pracy artystyczno-rozrywkowej.

Zespół ASTRY

Pierwszy od lewej – gitara, Józef Biedroń Pierwszy od prawej perkusja, Franciszek Skarbek

 

Tymczasem rosła konkurencja. Z końcem lat 80-tych zaczęto powszechnie używać instrumentów harmonicznych takich jak dobre keyboardy lub syntetyzatory. Coraz lepsze nagłośnienie wzmacniaczami i głośnikami dużej mocy preferowało mocno, basowo podkreślany rytm kosztem brzmienia instrumentów melodycznych. Zniknęły skrzypce, trąbka i akordeon. Zapomniano o fortepianie. Ostał się saksofon używany do solówek lub w muzyce disco polo. Pozostały gitary elektryczne. Stąd też ASTRY występowały coraz rzadziej, bo ich muzyka trąciła myszką. Ostatecznie zespół się rozwiązał. W takiej sytuacji leader ASTRÓW Józek Biedroń wybrał się do Stanów, gdzie występował z gitarą w polonijnej orkiestrze tanecznej Białe Orły.

 

ASTERS

W roku 1994 wrócił do Sędziszowa i dołączył do założonego pod jego nieobecność przez dawnych kolegów zespołu ASTERS. Niestety, grano z rzadka i okazyjne w niemodnej już formule, która nie trafiała w gusta odbiorców. Grano bardziej z sentymentu do uprawianej jak dawniej muzyki niż dla potrzeb muzycznego rynku Sędziszowa. W końcu zespół zakończył działalność. Pozostała jednak nostalgia za sceną.

PAKA SĘDZISZA

Po kilku latach, na początku 2001 roku z inicjatywy pracownika Domu Kultury akordeonisty i akompaniatora Jana Przybka, jego dyrektor Kazimierz Popielarz zaprosił do siebie Józefa Biedronia i Stanisława Kotulę - Spotkaliśmy się we czwórkę na luźnej rozmowie. – wspomina Biedroń – Była moda na tworzenie kapel podwórkowych. Spróbujmy. I tak się zaczęło. Dom Kultury stał się miejscem, gdzie spotykaliśmy się na próbach i gdzie dobieraliśmy i tworzyliśmy repertuar. Kapela występując pro bono miała integrować wokół niego społeczność Sędziszowa. I to udało się nam znakomicie. Rzeczywiście. Trudno jest nie docenić pomysłu Jana Przybka i zaangażowania w tworzenie kapeli Józefa Biedronia. Jak wspomina - Dołączyli do nowego zespołu, miedzy innymi, Franek Skarbek, Franek Stręk, Kazimierz Tomaszewski, Jan Klocek i co najważniejsze, Janusz Ignas - tekściarz i kontrabasista.


PAKA SĘDZISZA

Pierwszy eksperymentalny skład zespołu.

Pierwszy od lewej: Józef Biedroń, Franciszek Stręk, Franciszek Skarbek, Marian Charchut, akordeonista nieznany, Janusz Ignas, klarnecista nieznany, z trąbką Jan Przybek

Rok 2002

 

Praca w kapeli była wielkim wyzwaniem. Aranżowanie starych przebojów muzyki rozrywkowej, piosenek z warszawskiego Czerniakowa, przebogatej oferty utworów lwowskich i melodii rodzimego folkloru pod głosy i instrumentarium zespołu wymagała cierpliwości, wielu prób i talentu. Niezmiennie solistą i konferansjerem pozostawał Józek Biedroń. On też pisał często harmonikę funkcyjną wykonywanych utworów, a także komponował proste melodie do tekstów pisanych przez Janusza Ignasa. Ten utalentowany tekściarz, dowcipny i wrażliwy fraszkopisarz, dobry instrumentalnie kontrabasista jest autorem tekstu hymnu Sędziszowa. To jest hit. Jego pierwsze takty melodyczne, kuranty, wybrzmiewają w mieście z zegara wieży ratuszowej.

Na przestrzeni ponad 10 lat działalności zmieniał się skład osobowy kapeli. Na początku lat dwutysięcznych wzmocnił jej instrumentarium zdolny, profesjonalny muzyk Paweł Gnacek, swobodnie grający na banjo, akordeonie, fortepianie i kontrabasie. Nieco później do zespołu dołączył jego syn Konrad, uzdolniony i wykształcony muzycznie skrzypek. To właśnie Paweł przejął wkrótce kierowanie zespołem i rozpoczął  epokę jego ogólnopolskiej renomy oraz zdobywania zasłużonych laurów. A w PACE mimo upływu lat ciągle – z krótka przerwą prowadził „konferansjerkę”, grał na gitarze i śpiewał Józek Biedroń. Jego sceniczne doświadczenie i interesujący wokal, jak zawsze wzbogacały brzmienie kapeli. Towarzyszył im Kazimierz Tomaszewski, kolega Biedronia jeszcze z czasów „muzycznej stajni” Janka Cyzio, legendarnego sędziszowskiego instrumentalisty. Tomaszewski grał na zawieszonym na ramieniu bębnie ze stylowym napisem PAKA SĘDZISZA i herbem miasta. Mijały lata. Kapela zdobywała szlify. Jej absolutnym fanem i sponsorem był Kazimierza Kiełb, od 2006 roku Burmistrz Sędziszowa. Kapela zyskała miejską tożsamość i nazwę PAKA SĘDZISZA. Stała się własnością społeczną i powodem do dumy z bycia sędziszowianinem. Integrowała mieszkańców programem dając wykonawcom, muzykom i aktorom powód do osobistych satysfakcji.



PAKA Sędzisza

Od lewej: Janusz Ignas, Jan Przybek, Józef Biedroń, Kazimierz Tomaszewski, Romuald Klocek i Paweł Gnacek.

Październik 2013 r.

 

Ta nazwa i ten herb, pod którym tworzyli i prezentowali się sędziszowscy artyści amatorzy zdobywała w latach 2013 do 2018 wyróżnienia i premiowane miejsca na

„pudle” w Ogólnopolskich Festiwalach Kapel Folkloru Miejskiego im. Jerzego Janickiego w Przemyślu, najstarszej i najbardziej znanej tego typu imprezie w Polsce. Jej twórczość wspierał czynnie burmistrz miasta Bogusław Kmieć. w roku 2019 PAKA SĘDZISZA zajęła I miejsce na tym 41 już festiwalu. Tygodnik REPORTER z 16 maja 2019 w numerze 19 triumfalnie donosił:

„Mamy najlepszą kapelę w Polsce! Wygraliśmy z ośmioma konkurentami!” No i po niespełna trzech latach od tego wydarzenia Rada Miasta w Sędziszowie Małopolskim Uchwałą Nr XL/403/22 z dnia 10 lutego 2022 roku nadała Kapeli Podwórkowej „PAKA SĘDZISZA” wyróżnienie: Zasłużony dla Ziemi Sędziszowskiej.

CO DALEJ Z PAKĄ SEDZISZA?

Pod nieobecność Józia Biedronia - wspomina Paweł Gnacek - na początku lat dwutysięcznych dołączyłem do zespołu z moją grą na banjo, instrumentem typowym dla kapel miejskich, jej brzmienie zmieniło się. Można było budować nowe aranżacje granych wcześniej utworów. Przedwojenne tanga, przeboje lwowskiego i warszawskiego folkloru, ambitna muzyka weselna wzbogaciły nowym brzmieniem repertuar kapeli. Około roku 2004 do zespołu powrócił Biedroń, wnosząc jak zawsze dobrą grę na gitarze, konferansjerkę i charakterystyczny dla niego wokal. Tymczasem z zespołu odchodzili zasłużeni dla niej muzycy - amatorzy. Czas robił swoje. Rosły oczekiwania i wymogi publiczności. W takiej sytuacji przejąłem kierowanie kapelą, wzbogaciłem ją o moją grę na akordeonie, o teksty naszego satyryka i kontrabasisty Janusza Ignasa oraz o grę profesjonalnego skrzypka, mojego syna Konrada. No i postanowiłem


spróbować sił w zderzeniu z innymi na konkursach i festiwalach. Na początku był Przemyśl ze swoim 36. już Festiwalem kapel miejskich. Był to rok 2013. Zdobyte tam w silnej konkurencji II miejsce dodało nam skrzydeł. Wraz z tym sukcesem rosła popularność kapeli. Sędziszowianie byli z nas dumni. No i potem kolejne festiwale w Przemyślu, Łęcznej, Wysokiej do roku 2019, kiedy na 41. już przemyskim festiwalu zdobyliśmy I miejsce. Konkurencja była mocna i liczna. Grało tam aż 8 zespołów. Byliśmy szczęśliwi…

 

PAKA SĘDZISZA.

Od lewej: Konrad Gnacek, Józef Biedroń, Paweł Gnacek i Janusz Ignas.

18.06.2022

 

W tym roku w 46. już Ogólnopolskim Festiwalu Kapel Podwórkowych w Przemyślu uczestniczyło sześć zespołów. Występowały na rynku i na okolicznych osiedlach. Festiwal zakończył się koncertem galowym. Zwyciężyła kapela „Z Golesz Orkiestra” z Sulejowa. Niestety, tym razem zabrakło tam PAKI SĘDZISZA. - Blisko dwa lata temu zawiesiliśmy działalność – nostalgicznie relacjonuje Paweł Gnacek – Brak czasu na społeczną działalność, częste niedyspozycje zdrowotne muzyków, emigracja poza miasto skrzypka i brak zmiennika oto główne przyczyny tej decyzji. Ale także brak środków na aktywny marketing, spadek zainteresowania naszą twórczością i znużenie publiczności kapelą. To młodzi powinni kontynuować tę działalność, powinni ją modernizować, ulepszać nie tracąc nic z tradycji miejskiego muzykowania. Wierzę, że tak się stanie?

Czy zatem dobiega końca historia muzyków amatorów skupionych od lat wokół zasłużonego sędziszowskiego Domu Kultury? Czyżby dobiegała też końca historia sędziszowskiej kapeli PAKA SĘDZISZA? Inicjatywy wybitnie niekomercyjnej czynionej z potrzeby służeniu społeczeństwu miasta! Przedsięwzięcia, które to miasto tak znakomicie rozsławiło. Może po trwającej przerwie w działalności pojawią się jednak utalentowani, ambitni młodzi instrumentaliści, dobre głosy, skuteczni organizatorzy kultury muzycznej, którzy korzystając z doświadczenia zmęczonych sukcesami członków kapeli zbudują na jej


zrębach nowy artystyczny byt? A w dziele tym, z całą pewnością, będą mogli liczyć na opiekę i mecenat władz miasta z Miejsko-Gminnym Ośrodkiem Kultury na czele.

 

Andrzej Skarbek

przy współpracy Marii Strzępki

Stowarzyszenie Historyczne Odrowąż

 

W tekście wykorzystano archiwa Józefa Biedronia , autora

oraz tygodnika REPORTER.


 

NASZA KLASA

 

Jest przedostatnia, czerwcowa sobota 2022 roku. Wczesnym popołudniem do Zajazdu pod Górą powoli ściągają  odświętnie ubrani starsi ludzie. Jedni z zaciekawieniem spoglądają na przybywających, jakby odkrywając w pamięci kto zacz,  drudzy witają się rzucając się sobie w ramiona. Niektórzy nie widzieli się co najmniej od 30 lat. Tyle czasu bowiem upłynęło od ostatniego zjazdu maturzystów sędziszowskiego Liceum Ogólnokształcącego, którzy w dorosłość weszli  1962 roku. A tak wiele wydarzało się wokół nich. Oni też są inni niż wtedy. Jednak wciąż  mają w pamięci cztery lata szkolnego, wspólnego trudu  zwieńczonego egzaminem maturalnym.

 

 

 Maturzyści 1962.

                 Siedzą od lewej profesorowie: pani Maria Grabcowa – historyczka, pan Władysław Białek –        polonista, pani Felicja Węglowska – geografka i dyrektorka Liceum, pan Piotr Prokop – matematyk i wychowawca klasy, pani Wiesława Bauman – biolożka.

 

Pamiętają zapewne początek lipca 1958 roku. Wtedy to właśnie jako 14 letni absolwenci okolicznych szkół podstawowych; dziewczynki i  chłopcy, prawie jeszcze dzieci piszą swój pierwszy w życiu egzamin.  Z matematyki i z polskiego. Wynik egzaminu zadecyduje czy zostaną przyjęci do Liceum, czy będą mogli uczyć się dalej. Czy po maturze i po wymagających kolejnych egzaminach dostaną się na studia wyższe? Zapewne nie myślą o tym jeszcze,  bo zbyt odległa perspektywa. 


Absolwentki podstawowej  Szkoły Żeńskiej w Sędziszowie rocznik 57/58 z wychowawczynią panią Władysławą Skarbkową. Osiem z nich zdało egzamin i dostało się do Liceum Ogólnokształcącego na rok szkolny 58/59

          Ale w pamiętnym czerwcu 2022 roku wszystko się wyjaśniło. Tamte dzieci po latach wyrosły na niezwykle zdolną młodzieżą.  Z liczby 28 absolwentów, którzy z powodzeniem zakończyli liceum maturą 1962, aż 18 dostało się na studia wyższe. Udziałem wielu stało się udane dorosłe życie i kariery zawodowe. To oczywiste, że ich sukces to też sukces szkoły i jej  nauczycieli.

Do tej szkoły weszli nieśmiało. Po spartańskich warunkach w podstawówkach nowy budynek liceum, obszerne, jasne klasy, błyszczące parkiety i obowiązkowe kapcie robiły wrażenie. Jeszcze bardziej deprymowały ich szkolne mundurki. Chłopcy w szytych na miarę granatowych garniturkach z czerwonymi lampasami, z których błyskawicznie wyrastali i dziewczynki w jednakowych  błyszczących na granatowo fartuszkach szkolnych ozdobionych białymi kołnierzykami. Ale duma z bycia uczniem Liceum  była nieskrywana. Uczniowskie, wzorowane na studenckich czapki szkolne i czerwone tarcze z logo szkoły noszone  na rękawach płaszczy obwieszczały mieszkańcom miasteczka o statusie ich właścicieli. Strzegła tego wraz z gronem profesorskim Felicja Węglowska charyzmatyczna dyrektorka liceum i nauczycielka geografii. Była żoną harcerza i nauczyciela Władysława Węglowskiego, organizatora Szarych Szeregów w Sędziszowie, aresztowanego i  torturowanego przez okupanta w dębickiej i krakowskiej katowni gestapo. Węglowski zesłany  do Oświęcimia zginął tam w roku 1941.

Budynek liceum w owych siermiężnych, powojennych czasach rzeczywiście budził wrażenie. Trzy kondygnacje, szerokie korytarze, po których na przerwach spacerowały dziewczęta i dokazywali chłopcy,  piękna sala gimnastyczna, położone na tyłach budynku niewielkie boisko sportowe a na jego skraju najprawdziwsza strzelnica. To tam po czujnym okiem prof. Józefa Dziedzica,  nauczyciela wychowania fizycznego po krakowskiej AWF uczniowie,  dziewczęta i chłopcy bez wyjątku, w ramach przysposobienia wojskowego strzelali do tarcz z karabinków sportowych kbks. W powiatowym, ogólnodostępnym strzeleckim współzawodnictwie mistrzynią okazała się  Marysia Dudówna, późniejsza Maria Strzępka – polonistka i rusycystka, długoletnia dyrektorka, założonego jeszcze za okupacji przez ks. dr. Jana Zwierza,  dzisiejszego Zespołu Szkół Agro-Technicznych w Ropczycach. Animatorka szkolnych zespołów tanecznych i niestrudzona działaczka społeczna.

W budynku liceum znalazło się miejsce na pracownie tematyczne. W swojej pracowni prof. Grabiec uczył chemii doświadczalnej.  Rzeczywiście rzadko z niej wychodził, a  kiedy to się stawało roztaczał wokół siebie specyficzny zapach chemikaliów. Wielu z jego uczniów wybrało po maturze studia chemiczne. Ciekawość  budziła też pracownia fizyczna. Tam z kolei doskonale  wykładał fizykę prof. Stanisław Ptasznik, w młodości piłkarz Lechii Sędziszów. Jego metody nauczania, poprzez aktywizację zainteresowań uczniów lekturą popularnonaukową z dziedziny astrofizyki to nowatorski wówczas pomysł na ich sukces w egzaminach wstępnych na studia techniczne.  Jednak wśród grona profesorskiego, nie podlegający dyskusji prym, wodził prof. Władysław Białek ksywa Zeus. Polonista i jeden z  założycieli humanistycznego LO w Sędziszowie. Również twórca szkolnego chóru ze sztandarowym wykonanie na trzy głosy powstańczego Marszu Mokotowa. To dzięki niemu  Liceum Ogólnokształcące obchodzi dzisiaj jubileusz 80-lecia istnienia. 

poniedziałek, 10 marca 2025

 

Ks. Prałat Wołek – Wacławski.

Wspomnienie.  

45 rocznica śmierci.

 

Jakież zasługi  trzeba ponieść wobec kościoła i społeczeństwa, aby w uroczystościach pogrzebowych dobroczyńcy wzięło  udział 120 księży, kilku prałatów, dwóch biskupów,  arcybiskup oraz nieprzebrane rzesze wiernych. Tym człowiekiem był ks. Jan  Wołek – Wacławski. Oddany ludziom czuły społecznik, niekwestionowany autorytet moralny, historyk ziemi sędziszowskiej, autor między innymi trzytomowego dzieła „Sędziszów i okolice”, poeta, patriota, filantrop i życzliwy, otwarty na świat kapłan.

 

 

Ks. Jan urodził się 20 lutego 1891 roku w Będziemyślu z rodziców Julii z Idzików Wołkowej i Stanisława Wołka jako najstarszy z dziewięciorga rodzeństwa.  Był niezwykle zdolnym dzieckiem. Podobno w wieku pięciu lat zaczął czytać i rachować, aby po dwóch latach rozpocząć naukę od razu w II klasie czteroletniej  galicyjskiej szkoły ludowej w Sędziszowie. Podlegała ona Radzie Szkolnej Okręgowej z Rzeszowa. Nie sposób zapomnieć, że po ukończeniu ówczesnej podstawówki, za namową jej kierownika i za zgodą rodziców, wybijający się uczeń rozpoczął naukę w 8-letnim gimnazjum klasycznym w Dębicy.  Ukończył je z przekonaniem, że jego powołaniem jest filozofia. Szkoła ta kładła nacisk na naukę łaciny i greki. Po maturze, którą zdał celująco,  zapisał się na wydział filozoficzny Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jednak ukończywszy pierwszy rok studiów, przeniósł się na taki sam wydział Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Studiując tam i równocześnie  ucząc syna Aleksandra hr. Skarbka, posła na Sejm Krajowy Galicji i członka austriackiej Rady Państwa,  zamieszkał w jego lwowskim pałacu. Jak wspomina ten czas  - czerpał pełnymi garściami wiedzę ze społecznikowskiej i patriotycznej  działalności hrabiego.  Wydaje się, że bezpośredni kontakt z nim pozostawił  na charakterze młodego studenta filozofii znaczący ślad. 

 

Być może potrzeba służenia ludziom, podpatrzona u  działacza państwowego, jakim był hr. Aleksander Jan Skarbek,  dopełniła jego rodzące się powołanie do  kapłaństwa i skłoniła do przerwania studiów we Lwowie. Potrzebę tę wzmocniła zaobserwowana skuteczność w działaniu wielkich społeczników i uczonych teologów  arcybiskupa Józefa Bilczewskiego i arcybiskupa kościoła ormiańskiego Józefa  Teodorowicza. Poznał  ich obu u hr. Skarbka i na Uniwersytecie.

W rezultacie młody Jan Wołek przenosi się do Przemyśla,  gdzie rozpoczyna studia teologiczne w tamtejszym Seminarium Duchownym. Tam też spotyka kolejnych księży, wielkich polskich patriotów z rektorem ks. Łękawskim i ks. bp. Józefem Sebastianem Pelczarem na czele. To pod ich wpływem przybrał nazwisko Wołek – Wacławski. Nie wiemy dlaczego Wacławski, a nie Łaszewski, bowiem, jak  wspomina rodzony brat ks. Jana,  ks. Antoni Wołek, ich rodzina  pochodziła ze szlachty zagrodowej Łaszewskich herbu Wołek. Rodzina ta osiedliła się w Sielcu w XVII wieku. Na przestrzeni lat  z ksiąg parafialnych Sędziszowa  nazwisko to zniknęło, a w to miejsce pojawiło się  zawołanie herbowe Wołek.

Po ukończeniu Seminarium Duchownego, wyświęcony przez biskupa Pelczara, ks. Jan Wołek – Wacławski nakazem  Diecezji Przemyskiej  otrzymuje posadę wikarego w Rudniku nad Sanem.  Wkrótce zostaje mianowany etatowym katechetą tamtejszych szkół podstawowych. Uczy także języka polskiego w rudnickim Żeńskim Seminarium Nauczycielskim. Rozpoczyna się zatem jego kariera oddanego młodzieży pedagoga i wychowawcy. Kontynuuje ją z wielkimi nauczycielskimi sukcesami w Jaworowie koło Lwowa, gdzie w 1928 roku obejmuje etat katechety w tamtejszym gimnazjum. Uczy także w seminarium nauczycielskim. Jego praca z młodzieżą nie ogranicza się tylko do nauki religii. Z mandolina w ręku, mając doskonały słuch muzyczny, uczy śpiewu, organizuje chóry i przedstawienia teatralne. Jest uznanym przez społeczność Jaworowa i kochanym przez młodzież animatorem kultury ludowej.



Ks. Jan Wołek – Wacławski z braćmi - maturzystami  Józefem i Antonim

 

Ks. Jan Wołek - Wacławski był także miłośnikiem historii. Pierwszą jego pracą naukową była wydana drukiem w Jaworowie książka pt. „Będziemyśl i Klęczany”. To świetny rys historyczno – etnograficzny okolic rodzinnej parafii. W roku 1936 otrzymuje tytuł magistra na Wydziale Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zafascynowanie historią realizował poprzez lekturę i kwerendę źródeł,  znakomicie ułatwioną doskonałą znajomości łaciny. Przeczytał  też uważnie prawie wszystkie powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. Imponujący dorobek pisarski tego autora to 232 powieści, w tym  144 społeczno-obyczajowych i 88 historycznych.  Wybrane przez siebie krótkie wypisy z dzieł  pisarza wydał pod roboczą nazwą „Złote myśli w powieściach J.I. Kraszewskiego” . Pisząc na emeryturze z benedyktyńską cierpliwością  wielkie trzytomowe dzieło pt. „Sędziszów i jego okolice” wzorował się na warsztacie pisarskim Kraszewskiego. Ta historia miasta i okolic jest jedyną, wyczerpującą i bogatą w fakty monografią czekającą nadal na wydanie książkowe. Tworzy też wiersze pod wspólnym tytułem „ - SILVA –RERUM -” oraz  teksty okolicznościowych piosenek.

Zawierucha wojenna przygnała ks. Jana na powrót w rodzinne strony. Rezyduje na plebanii w Będziemyślu w charakterze jej administratora. Jego społecznikowski talent daje o sobie znać w pracy na rzecz ruchu oporu. Będąc członkiem Armii Krajowej o pseudonimie Wojsław organizuje meliny i żywność dla „spalonych”  żołnierzy AK i Batalionów Chłopskich. Słucha zakazanego radia dzieląc się z ruchem oporu informacją dochodzącą z Londynu „od wolnych narodów”. Z narażeniem życia odprawia pogrzeb zastrzelonego przez Niemców w 1944 roku w Sędziszowie 22-letniego członka BCH Stanisława Delikata z Klęczan.  Pomaga, jak może okolicznej ludności, każdego wysłuchując, służąc radą i materialną pomocą. Z powodzeniem hoduje pszczoły. Jest kochany przez mieszkańców ziemi będziemyskiej.

Niezwłocznie po ukonstytuowaniu się nowej, powojennej  władzy i nowego szkolnictwa w 1945 roku wraca do szkoły. Zostaje katechetą w nowoutworzonym Liceum Ogólnokształcącym w Sędziszowie Małopolskim. I znowu, jak w Jaworowie przed wojną,  organizuje w nim szkolny teatr i chór. Młodzieżowi aktorzy z sukcesem występują z patriotycznym programem w okolicznych wsiach,  umęczonych dopiero co minioną, wyniszczającą okupacją niemiecką.  Jego praca zostaje zauważona przez władze i świeckie,  i kościelne. W 1948 roku, z żalem żegnany, wyjeżdża do Przeworska, gdzie rozpoczyna kolejny rozdział swojego nauczycielskiego i kapłańskiego powołania. Zostaje katechetą wszystkich przeworskich szkół średnich. I tak jak poprzednio stara się w trudnych dla księży stalinowskich czasach przekazywać uczniom prawdę o dobrym, prawym życiu chrześcijanina. Także tam pisze dwutomową „Kronikę Parafialną” Przeworska.  W wieku 60 lat przechodzi na emeryturę, jednak uczy nadal, do czasu kiedy w 1955 roku ówczesne władze zabroniły mu dalszej pracy z młodzieżą.

Rozpoczyna się kolejny etap w życiu ks. Jana. Tak jak wspomniano wcześniej, w pełni sił twórczych i z profesjonalnym warsztatem historyka znającego biegle łacinę, piszę dzieło swojego życia - trzytomową  opowieść o Sędziszowie i okolicach. Każdy tom to 400 stron maszynopisu, pełen treści wydobytych z archiwów Uniwersytetu Jagiellońskiego, archiwów kościelnych i wszystkich dostępnych wówczas źródeł. Historia Sędziszowa wg. ks. Wacławskiego zaczyna się we wczesnym średniowieczu. Pisze bardzo szeroko ujmując temat na tle antropologii, archeologii, etnografii, mitów, podań i ostatecznie faktografii dostępnej głównie w  łacińskojęzycznych źródłach. Jest to bezcenna  monografia, której wydanie drukiem, ujawni szerokim rzeszom nie tylko sędziszowian, kompleksową historię miasta i jego okolic.














Ks. Jan Wołek – Wacławski w przeworskim mieszkaniu

 

Mieszka w Przeworsku aż do końca swoich dni.  Umiera w dniu 26 lutego 1980 roku.  Odchodzi  „na wieczną kapłańską wartę” człowiek, który kochał ludzi. Dla każdego  napotkanego człowieka, bez względu na pochodzenie i  wiek miał ciepłe i serdeczne słowa, uśmiech czy dobrą i życzliwą radę – wspomina jego brat Ks. Antoni Wołek. W czasie 40 letniej pracy z młodzieżą wychował 37 wyświęconych kapłanów, a wszystkie pokolenia jego uczniów wspominały go jako swojego przyjaciela i orędownika. Jego zasługi doceniły również władze kościelne. Na rocznicę Złotych Godów Kapłańskich otrzymał błogosławieństwo Ojca Świętego,  jak również  błogosławieństwo ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego. W dwa lata później Papież Paweł VI  nadał mu tytuł „ Honorowego Kapelana Jego Świątobliwości” wraz z tytułem  prałata, jako znak uznania zasług ks. Jana dla Kościoła. Tytuł ten uprawnia do noszenia sutanny w kolorze amarantowym.

 

Ks. Jan umiera w Przeworsku w otoczeniu rodziny w wieku blisko 90 lat. Jego pogrzeb – eksporta  celebrował Jego Ekscelencja ks. Bp Tadeusz  Błaszkiewicz z Przemyśla i 90 księży, a udział w nabożeństwie pogrzebowym wzięły tłumy wiernych parafian. Trzy dni później, w  dniu 29 lutego 1980 roku w Będziemyślu miał miejsce właściwy pogrzeb. Będziemyślanie  tłumnie powitali trumnę z ciałem zmarłego już na  dwa kilometry przed kościołem.  Wyszli naprzeciw z lampionami i pochodniami. Niosąc na ramionach złożyli ją wobec Jego Ekscelencji ks. arcybiskupa Jerzego Karola Ablewicza, który celebrował  Mszę Św.  żałobną z udziałem 30 księży. Po nabożeństwie ks. prałat  mgr Jan Wołek – Wacławski żegnany przez tłum wiernych spoczął w grobowcu rodzinnym na miejscowym cmentarzu. Cześć Jego pamięci.

 

Andrzej Antoni Skarbek

Stowarzyszenie Historyczne ODROWĄŻ

 

 

Opracowano w oparciu o

życiorys śp. ks prałata. mgr Jana Wołek - Wacławskiego

autorstwa młodszego brata ww. tj. ks. Antoniego Wołka

w roku 1987 w Człuchowie.

 

 

 

wtorek, 4 lutego 2025

 

WIELKA WOJNA cz. II

Na podstawie monografii dr. Jerzego Fiericha

PRZESZŁOŚĆ WSI POWIATU ROPCZYCKIEGO W USTACH ICH MIESZKAŃCÓW

Ropczyce 1936.

 

Jeszcze trwała Wielka Wojna. Na polach bitewnych Europy śmierć zbierała obfite żniwo,  ale wydarzenia  na szczytach władzy zwiastowały jej przesilenie. W nocy z 6 na 7 listopada rozpoczął się w Rosji zamach stanu. Obalono Rząd Tymczasowy i władzę przejęli bolszewicy. USA i Chiny wypowiedziały wojnę Niemcom, a we wrześniu 1917 r. w Warszawie, w wyniku porozumienia niemiecko – austriackiego, powołano Radę Regencyjną teoretycznie najwyższą  władzę w Królestwie Polskim. Zapowiedziano połączenie porozbiorowych ziem polskich  z austriacką Galicją. Jednak do końca działań wojennych i do niepodległości porozbiorowej  Polski było daleko. Dopiero przekazanie władzy 11 listopada 1918 roku przez Radę Regencyjną Józefowi Piłsudskiemu  rozpoczęło proces powojennej stabilizacji  Państwa Polskiego.

            Wydarzenia te  rozległy się echem po  polskich miastach i miasteczkach. Jak wspomina adw. dr Brunon Krise „ w Ropczycach już 7 października 1917 roku- tj. od chwili ogłoszenia warszawskiej Rady Regencyjnej, że włącza Galicję do Państwa Polskiego – wywieszono, mimo protestów starostwa i żandarmerii, na gmachu Magistratu polską flagę” Mimo poleceń Namiestnictwa Lwowskiego polska flaga wisiała tam nielegalnie  prawie rok, aż do   dnia 1 listopada 1918 roku kiedy to - za przyczyną trójki członków Polskiej Organizacji Wojskowej, urlopowanych legionistów Roberta Ogorzała, Tadeusza Sałacha i Zygmunta Werle - zostały strącone „orły i emblematy”, symbole austriackiej władzy.  To właśnie wtedy „flaga bohaterka”  i wiele wywieszonych nagle „jej towarzyszek” dobitnie zaświadczyły o nadchodzącej niepodległości. Flagi te ustroiły rynek miasta na biało - czerwono.  

A działo się to na oczach stacjonującego w Ropczycach batalionu wojska austriackiego złożonego z Niemców i Czechów. Jak relacjonuje w swoim wspomnieniu dr Brunon Krise – „batalion ten był znienawidzony w całym powiecie”. Bowiem wyłapywał żołnierzy armii austriackiej narodowości polskiej z tzw. „polskiego urlopu”.  W rozumieniu administracji wojskowej byli to dezerterzy, którzy odmówili dalszego udziału w wojnie po stronie austriackiej. Jednak ukrywając się, nie czekali bezczynnie na odrodzenie się polskich sił zbrojnych. Większość z nich zasiliła konspiracyjne szeregi Polskiej Organizacji  Wojskowej, której żołnierze  w roku 1918  weszli w skład Wojska Polskiego. Jak donoszą źródła 26 tysięcy „peowiaków” z terenów trzech zaborów rozpoczęło służbę w odrodzonym wojsku polskim.

              A tymczasem zarząd miasta z burmistrzem Władysławem Bursztynem i członkiem Zarządu adw. dr Brunonem Krise rozbroił austriacka straż wojskową chroniącą Magistrat. Straż ta na ich rozkaz posłusznie złożyła broń  w Sali Obrad oraz uwolniła grupę wojennych jeńców pracujących na rzecz miasta. Następnie zarząd miasta rozpoczął rokowania z dowódcą  batalionu w sprawie wydania Magistratowi broni, wojskowego rynsztunku i odejście wojska z miasta. Rokowania były ciężkie. Dopiero pod groźbą rozbrajania żołnierzy przez rewolucyjnie wzburzoną ludność miasta i niebezpieczeństwa niepotrzebnego rozlewu krwi austriacki komendant (w cywilu buchalter z Wiednia) zgodził się na rozbrojenie podległego mu wojska. W porozumieniu zastrzeżono wspólnie, że austriackiej broni władze miasta nie wydadzą ludności cywilnej, tylko przekażą na przechowania  żandarmerii, która z kolei po poddaniu się, zobowiązała się przekazać broń nowym, polskim władzom miasta tymczasowo reprezentowanych przez Magistrat.

             Jak się okazało życie napisało nieco inny scenariusz wydarzeń. Żołnierze batalionu narodowości czeskiej przeważnie uciekali z miasta porzucając broń, która ostatecznie trafiła na wyposażenie oddziału P.O.W.  Niemcy zaś karnie odstawili uzbrojenie na posterunek żandarmerii i pod dozorem Zygmunta Werli z P.O.W. odmaszerowali do Sędziszowa i stamtąd - prowadzeni przez innego członka Polskiej Organizacji Wojskowej - udali się do Rzeszowa.

            A tymczasem zarząd miasta utworzył milicję obywatelską, dbał o bezpieczeństwo w mieście, a broń złożoną przez austriacki batalion i straż miejską przekazał oddziałowi wojska polskiego, który utworzył por. Stanisław Dobrowolski w formie organizacyjnej miejscowego garnizonu.  Już na wiosnę 1919 roku oddział ten opuścił miasto i pod dowództwem Dobrowolskiego ruszył w pole pod Lwów.

            O rozbrajaniu posterunków i przejmowaniu władzy na wsiach powiatu ropczyckiego niewiele wiemy. Ludność wiejska po 140 latach austriackiej władzy,  po 70 latach od zniesienie pańszczyzny  przez cesarza Franciszka Józefa okrzepła ekonomicznie i z ostrożnością podchodziła do narodowo-wyzwoleńczych idei. Tylko niektórzy jej mieszkańcy akceptowali nadchodzące zmiany i brali czynny udział w ich kreacji.   Na uwagę zasługuje akcja Antoniego Litaka, który w Gliniku 3 listopada 1918 roku wywiesił na budynku urzędu gminnego ogłoszenie o powstaniu Polski. Była to niedziela. Ludzie wracający  z kościoła nie wierzyli temu ogłoszeniu. Pytano, kto jest jego autorem czy, starosta czy ktoś inny? Ostatecznie rzecz się wyjaśniła na popołudniowym zebraniu gminnym. Z ciekawością, obawą i umiarkowaną radością przyjęto zapowiedź powstania Państwa Polskiego. Tej samej nocy w Wielopolu dr. Kolasiński i dyr. Szkoły A. Milan rozbroili posterunek żandarmerii . Rankiem na rynku do licznie zebranych mieszkańców przemówił dr Milan tłumacząc zebranym doniosłość chwili i nawołując do spokoju. 

Przypuszczalnie podobne nastroje umiarkowanego optymizmu i oczekiwania na polskość towarzyszyły pozostałej  ludności powiatu. Nadchodziła bowiem ogromna zmiana polityczna i gospodarcza. Ustabilizowana teraźniejszość dobrze zarządzanej, prawie samodzielnej  Galicji miała przeobrazić się w coś lepszego. Nie wszyscy mogli, lub chcieli sobie ją wyobrazić.  Jednak zmiana nadeszła. Polska się odrodziła, a wraz z nią nadeszła niepodległość.  

Opracował:

Andrzej Antoni Skarbek

Stowarzyszenie Historyczne „ODROWĄZ”

 

 

WIELKA WOJNA

Na podstawie monografii dr. Jerzego Fiericha

PRZESZŁOŚĆ WSI POWIATU ROPCZYCKIEGO W USTACH ICH MIESZKAŃCÓW

Ropczyce 1936.

 

Urodzaj roku 1914  w powiecie ropczyckim był wprost wyjątkowy. Obrodziły zboża, ziemniaki, koniczyna, siano,  tak że każdy miał wiele więcej niż potrzebował. Skutkiem tego wzrosło pogłowie bydła i świń, a także innej drobnej hodowanej w gospodarstwach „gadziny”. Po nieurodzajach i głodzie lat 1912 i 1913 przyszłość mieszkańców ropczycko-sędziszowskich wsi rysowała się bardzo optymistycznie. Niestety  „było to jakby błogosławieństwo na wojnę”, której forpoczta – austriackie rozkazy mobilizacyjne, przyszły na ropczyckie  wsie w nocy z 31 na 1 sierpnia. Wielu zmobilizowanych już 2 sierpnia 1914 roku wyruszyło na wojnę, do swoich pułków. Intensywny pobór trwał przez cały miesiąc tak że już we wrześniu trudno było spotkać mężczyznę „zdatnego do roboty”. Pozostali liczyli, że wojna potrwa krótko, a po jej zakończeniu może znowu nastanie Polska. 

Bezpośrednią przyczyną wybuchu  wojny był zamach w Sarajewie.  28 czerwca 1914 r zastrzelono tam następcę tronu Austro-Węgier arcyksięcia Franciszka Ferdynanda d’Este i jego małżonkę Zofię. W konsekwencji już 28 lipca Austria wypowiedziała wojnę Serbii, 31 lipca Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji i Francji, a niemiecka agresja na Belgię spowodowała włączenie się do konfliktu  Wielkiej Brytanii.  I tak się zaczęło. Wojna trwała całe cztery lata. Jej bilans był zatrważający Poległo blisko 10 milionów żołnierzy, a straty w ludności cywilnej to około  40 milionów istnień ludzkich.

A tymczasem już w drugiej połowie września 1914   z okolic Sędziszowa, głównie z Zagorzyc i Szkodnej wycofały się pod Tarnów wojska austriackie. Na teren powiatu głównie w okolice Zagorzyc wkroczyli Rosjanie. Strach i panika ogarnęła mieszkańców okolicznych wsi. Opowiadano niestworzone historie o okrucieństwie Moskali i znęcaniu się nad bezbronną ludnością. Bogatsi uciekali na zachód, na Dębicę i Tarnów w ślad za austriackim wojskiem, a pozostali, w obawie przed ostrzałem artyleryjskim,  budowali prowizoryczne schrony zaś cenniejsze rzeczy (ubrania, zboże) zakopywali w skrzyniach w ziemi. Niektórzy nawet zdejmowali strzechy by uchronić domy przed pożarami. Do bitwy wówczas nie doszło, a Rosjanie nie czyniąc nikomu żadnych krzywd i szkód, 7 października wycofali się na wschód. Stanęli okopując się wzdłuż linii Sanu.

 Na opuszczone przez Moskali tereny weszli Austriacy wspierani przez Prusaków. Z marszu zaatakowali Rosjan prostopadle do  linii Sanu. Ostatecznie bitwa ta została wygrana przez Moskwę, walki ustały  i 8 listopada 2014 roku w granice powiatu z powrotem weszli Rosjanie.  W samych Zagorzycach od 10 do 14 listopada stacjonowało 3 tysiące żołnierzy. Byli to żołnierze pułku nr 173 z Kurska i pułku artylerii konnej. Rozpoczęły się masowe rekwizycje zbóż, siana, słomy i żywego  inwentarza. Rekwirowano konie i krowy, gęsi i kury, a także kożuchy, buty i chleb.  Płacono bardzo niskie, symboliczne wręcz ceny. Mieszkańcy powiatu jak mogli chronili się przed wojskową grabieżą pospiesznie chowając  swoje mienie w przygotowanych wcześniej również leśnych kryjówkach. Czasami z narażeniem własnego życia, ostrzegając przed rekwizycją pomagali ludności wójtowie. Np. w Iwierzycach Józef Sokołowski, w Zagorzycach Wojciech Kozek, w Wolicy Piaskowej Wincenty Kocoń. Na niewiele to się zdało. Zapotrzebowanie na „furaż” rosyjskich wojsk walczących z Austriakami było ogromne. Im bardziej od zachodu przybliżała się linia frontu, tym gwałtowniej Rosjanie rekwirowali zwłaszcza konie robiąc formalne obławy na ukrywających się z nimi po lasach chłopów. Wojska rosyjskie  przebywały na terenie powiatu do maja 1915 roku.

Najgroźniejszy był sam odwrót Rosjan. Często podpalali miejscowości, z których się wycofywali. Na początku maja 2015 roku spalili dwór rodziny Paliszewskich w Skrzyszowie oraz młyn i tartak w Cierpiszu. Ustępując stanęli obronnie na linii Wisłoki potem na linii górnej Wielopolki. Zażarta bitwa trwała  5 dni. Jej skutki były dramatyczne. W Zawadzie kule armatnie zniszczyły kościół, a z zamku dworskiego pozostała tylko baszta. W Żyrakowie spaliła się połowa wsi, w Jarząbce spłonęły 43 budynki wraz ze szkołą przy czym Rosjanie zabili 5 osób broniących swojego mienia. Ucierpiały również Ropczyce. Rosjanie odchodząc spalili połowę miasta i wycofali się  znowu w okolice Zagorzyc. Okopali się na „Ochabowej Górze”. Zanosiło się na poważną bitwę, jednak artyleryjski atak Austriaków zmusił ich do odwrotu w okolice Szkodnej. Pozostawili 14 zabitych i wielu rannych. Dowodził nimi gen. Szymański z 61 dywizji piechoty. Ostatecznie działania bitewne na terenie powiatu zakończyły się 10 maja 1915 roku.

Po zepchnięciu Rosjan na wschód wojska austriackie, ustanowiły w powiecie swoją, wojenną administrację. Rozpoczęli też drugi już pobór do wojska. Objął on mężczyzn w wieku  od 18 do 50 lat. Na wsiach pozostali tylko starcy,  kobiety i dzieci. Cała praca spadła na ich barki, a mimo to niezbędne zabiegi gospodarskie były wykonywane na czas i w miarę poprawnie. Nie było nędzy ani głodu. Sprzyjały temu dobre urodzaje wojennych lat, a także zasiłki pieniężne, jakie otrzymywały kobiety za swoich walczących lub poległych mężczyzn.  Zasiłek wynosił do trzech koron austriackich dziennie. (około 90 PLN według wartości z  2023 r.) Niektórym żołnierskim rodzinom było znacznie lepiej niż przed wojną. Dokupywano gruntów albo podnoszono sobie stopę życiową. Jednak zwiększona, nierównoważona podażą towarów na rynek ilość pieniądza skutkowała wzrostem inflacji. A w raz z nią rosły ceny. W roku 1916 austriackie władze wprowadziły restrykcyjne  przydziały tłuszczów i chleba na osobę. Równocześnie wprowadzono kontyngenty zboża do oddania. Aby można było wywiązać się z obowiązkowych dostaw, administracyjnie pozamykano wszystkie młyny, rekwirowano też żarna uniemożliwiając tym samym nielegalna produkcję mąki. W 1917 roku przejmowano pieniądze z kas gminnych za nic nie warte skrypty dłużne – asygnaty. Na potrzeby wojska zabierano dzwony kościelne albo miedziane pokrycia dachów kościołów płacą 3 korony za  1 kg metalu. W końcu inflacja, a z nią drożyzna tak wzrosła że np. szpula nici, która przed wojną kosztowała 60 halerzy kosztowała już 36 koron, łokieć płótna już   20 koron, a trzewiki 120 koron.

Wojna zbliżając się ku końcowi pozostawiła po sobie w samym tylko  powiecie ropczyckim  wielu zabitych i inwalidów. Również dwa cmentarze wojenne w Wielopolu i Parkoszu oraz dwa pomniki postawione na cześć poległych w Gnojnicy i Małej. Pozostawiła też zniszczenia materialne zabierając dorobek ludności wiejskiej. Zniknęły konie i krowy, gdzieniegdzie tylko pozostały pojedyncze świnie i resztki ptactwa domowego. Przemarsze wojsk i rowy strzeleckie zdegradowały grunty rolne uniemożliwiając szybkie odnowienie rolnictwa. Także choroby, jak hiszpanka, tyfus i czerwonka zdziesiątkowały społeczności wiejskie. Upadła oświata i moralność.

Jednak w zachowanych wspomnieniach z tamtych czasów niektórzy oprócz zła jakie przyniosła wielka wojna,  widzieli również jej dodatnie strony.  Żołnierzom walczącym na różnych frontach dała możliwość obserwacji rolnictwa w innych krajach, a więc powiększyła ich wiedzę i poszerzyła horyzonty myślowe. Większość tych co wróciła z wojny z powodzeniem odbudowywała i modernizowała swoje gospodarstwa. Wyraźnie, na terenach powiatu,  zaznaczył się postęp gospodarczy. No i zaczęła wyłaniać się na światło dzienne coraz silniej, nowa sprawa; sprawa powstania Polski. Pamiętano rezolucję stronnictwa Piast w parlamencie austriackim z 1916 r. o odbudowie Państwa Polskiego. Ludność powiatu nawiązywała ściślejszy kontakt z odradzającym się własnym Państwem. Poszli do legionów między innymi ochotnicy z Witkowic Franciszek Marchut i Franciszek Nowacki, z Wielopola nauczyciel Marian Kantor, z Wolicy Ługowej kapitan dr. Wojciech Wojdan i Franciszek Mach,  z Góry Ropczyckiej por. Aleksander Satkowski i inni. Ponadto służyli w legionach ludzie z Latoszyna, Skrzyszowa, Zawady, Zagorzyc, Niedźwiady,  z Brzezin itd. Werbował ich ks. Golonka z Brzezin.

Aż przyszedł rok 1918. Austro-Węgry zaczęły się rozpadać, a wielu żołnierzy wróciło do domów siedząc na tzw. polskim urlopie. Bezskutecznie poszukiwani przez żandarmerię miedzy innymi w Zagorzycach trzej legioniści z por. Kolbuszem na czele założyli tajną  Polską Organizację Wojskową czekając na okazję udania się pod rozkazy polskich oficerów, w polskich wojsku.  I oto 1 listopada 1918 roku w czasie sumy na Wszystkich Świętych do kościoła w Zagorzycach przyszedł rozkaz aby cały tamtejszy  oddział  P.O.W. wyruszył do Dębicy. Poszło z Zagorzyc 18 peowiaków i z Gnojnicy 3. Wszyscy zostali wcieleni do formującego się 3 pułku strzelców konnych pod dowództwem hr. Łubieńskiego z Zassowa. Rozpoczęło się przejmowanie władzy w polskie ręce. Cdn.

Opracował:

Andrzej Antoni Skarbek

Stowarzyszenie Historyczne „ODROWĄZ”